Strzę­py miasta

Mał­go­rza­ta Wach: Zamie­ni­łeś daw­ną prze­strzeń restau­ra­cji Jubi­lat­ka w Nowej Hucie w arty­stycz­ne stu­dio, w któ­rym reali­zu­jesz pro­jekt „Pamięć mia­sta”. Może­my o nim opo­wie­dzieć? 

Milosh Luczyn­ski: Szcze­rze mówiąc, bar­dziej niż sło­wo „pro­jekt” wolę w przy­pad­ku „Pamię­ci mia­sta” sło­wo „inter­wen­cja”, bo sygna­li­zu­je, że inter­we­niu­ję w zasta­ną prze­strzeń. Nie mam wszyst­kie­go od począt­ku do koń­ca zapla­no­wa­ne­go. Budu­ję w zasta­nym miej­scu nową cza­so­prze­strzeń nie­ja­ko a vista, w znacz­nej mie­rze improwizując. 

„Pamięć mia­sta” jest jak palimp­sest, w któ­rym nakła­da się na sie­bie wie­le róż­nych warstw i kon­tek­stów. Z jed­nej stro­ny mamy pra­ce, któ­re przy­wio­złem z mojej pary­skiej wysta­wy pt. „Widzę bez­gra­nicz­ną aro­gan­cję moich uprze­dzeń, jestem tyl­ko czło­wie­kiem”. Z dru­giej, są pra­ce rodzi­ny Krucz­ków, któ­re do tej prze­strze­ni zapro­si­łem. W kolej­nym pomiesz­cze­niu jest stu­dio, w któ­rym reje­stru­ję wideo z miesz­kan­ka­mi i miesz­kań­ca­mi Nowej Huty, w jesz­cze innym miej­scu znaj­du­je się insta­la­cja Ryszar­da Szoz­dy pt. „Mał­pia wyspa”. Jest stół, stwo­rzo­ny przez Wspól­no­tę Emaus z Grze­go­rzem Haj­du­kiem, przy któ­rym odby­wa­ją się her­ba­cia­ne spo­tka­nia i gdzie nakła­da­ją się na sie­bie dźwię­ki kil­ku insta­la­cji z sali głów­nej i miasta…

Naj­waż­niej­szą czę­ścią inter­wen­cji są jed­nak spo­tka­nia z mieszkańcami. 

Notu­ję w for­mie wideo ich syl­wet­ki, opo­wie­ści i gesty, jako frag­men­ty rze­czy­wi­sto­ści, z któ­rej pocho­dzą. Następ­nie budu­ję rodzaj „rzeź­by świetl­nej”, zmie­nia­jąc plac pomię­dzy Jubi­lat­ką a Kinem Świt w prze­strzeń zbio­ro­wej pamię­ci nowo­hu­cian. W piąt­ko­we let­nie wie­czo­ry z bocz­nej fasa­da kina, dopeł­nia­jąc jej archi­tek­tu­rę, wyła­nia­ją się posta­cie, któ­rych chór wie­lo­gło­sem recy­tu­je obra­zy pamięci.

Kim są ludzie, któ­rzy podzie­li­li się z Tobą swo­imi opowieściami? 

Dotąd spo­tka­łem oko­ło 80 osób. Boha­ter­ka­mi i boha­te­ra­mi nagrań są oso­by w bar­dzo róż­nym wie­ku. W nie­któ­rych przy­pad­kach są to spój­ne opo­wie­ści, tzn. takie, któ­re mają począ­tek, roz­wi­nię­cie i koniec. W innych są to tyl­ko strzę­py wspo­mnień, obra­zy, któ­re ktoś pró­bu­je w swo­jej pamię­ci odtwo­rzyć. Ta frag­men­ta­rycz­ność i spon­ta­nicz­ność jest dla mnie bar­dzo waż­na, bo wła­śnie taka jest nasza pamięć i rze­czy­wi­stość – poka­wał­ko­wa­na i nieliniowa. 

Skąd pomysł na „Pamięć Miasta”? 

„Pamięć mia­sta” jest pochod­ną pro­jek­tu, któ­ry reali­zo­wa­łem kil­ka lat temu wspól­nie z Luz Man­do w Vaulx-en-Velin we Fran­cji, na przed­mie­ściach Lyonu, gdzie w latach 80. były pierw­sze zamiesz­ki na tle raso­wym w Euro­pie. Do dzi­siaj Vaulx-en-Velin jest dla wie­lu Fran­cu­zów syno­ni­mem getta. 

Posta­no­wi­łem, że prze­nio­sę się tam na jakiś czas z całą rodzi­ną, czy­li z Luz Man­do, któ­ra była moją part­ner­ką i dwie­ma cór­ka­mi. Zamiesz­ka­li­śmy wśród sąsia­dów, któ­rzy są naj­mniej uprzy­wi­le­jo­wa­ną gru­pą spo­łecz­ną wśród miesz­kań­ców Fran­cji. Ci ludzie przy­by­li z róż­nych stron świa­ta, ucie­ka­jąc od nie­szczęść albo szu­ka­jąc lep­sze­go życia. Są wśród nich m.in. oso­by pocho­dzą­ce z miejsc, w któ­rych trwa­ją kon­flik­ty zbroj­ne, ale też eko­no­micz­ni imi­gran­ci. Zro­bi­li­śmy dla nich i z nimi pro­jekt pt. „Mia­sto przy­szło­ści”, do któ­re­go wymy­śla­li swo­je wła­sne sce­na­riu­sze. Ich nar­ra­cje zre­ali­zo­wa­łem w tech­ni­ce map­pin­gu wideo, w któ­rym poja­wi­li się auto­rzy tych fil­mów. Byli więc rów­no­cze­śnie auto­ra­mi sce­na­riu­sza i boha­te­ra­mi fil­mu, któ­ry sami napi­sa­li. W sumie zre­ali­zo­wa­li­śmy sześć czę­ści tej opo­wie­ści, któ­re łącz­nie trwa­ły godzinę. 

Gdzie moż­na było je póź­niej zobaczyć? 

Wyświe­tla­li­śmy je co wie­czór, przez cały rok, na trzech jede­na­sto­pię­tro­wych wie­żow­cach. W tym cza­sie widzia­ło je ze swo­ich okien oko­ło sze­ściu tysię­cy osób, któ­re miesz­ka­ją w tej dziel­ni­cy. Fakt, że widzie­li te fil­my codzien­nie i mogli zoba­czyć tam rów­nież samych sie­bie, w real­ny spo­sób wpły­nął na spo­sób ich myśle­nia i postrze­ga­nia świata.

Poczu­li, że są dla kogoś napraw­dę waż­ni, że ktoś na nich patrzy i ich słu­cha. Byli z tych nagrań tak dum­ni, że nie­któ­rzy przy­wo­zi­li z dale­ka swo­je rodzi­ny, żeby im poka­zać, że są czę­ścią świetl­ne­go fre­sku, któ­ry znaj­du­je się na budyn­kach. Zapra­sza­jąc oso­by w pew­nym sen­sie wyklu­czo­ne, spra­wi­li­śmy, że nie­któ­re z nich zaczę­ły reali­zo­wać swo­je marzenia. 

 

Możesz przy­wo­łać jakąś kon­kret­ną historię?

Część mło­dych osób, któ­re bra­ły udział w warsz­ta­tach, sta­ło się w trak­cie reali­za­cji pro­jek­tu moimi asy­sten­ta­mi albo robi­ło u mnie staż. Nie­któ­rzy uwie­rzy­li w sie­bie na tyle, że mogli pójść ścież­ką, któ­ra wcze­śniej wyda­wa­ła się dla nich nie­do­stęp­na. Wśród nich była m.in. mło­da dziew­czy­na, dealer­ka, któ­ra chcia­ła się uwol­nić od dotych­cza­so­we­go życia, ale zupeł­nie nie wie­dzia­ła, jak to zro­bić. Pra­cu­jąc z nami uwie­rzy­ła, że inny sce­na­riusz jej życia jest moż­li­wy. Uda­ło jej się potem dostać pra­ce w wyma­rzo­nej restau­ra­cji w cen­trum Lyonu, w któ­rej pra­cu­je do dzi­siaj. Może to zabrzmieć banal­nie, ale przed tą oso­bą otwo­rzy­ła się bez­piecz­na i pew­na przy­szłość. Roz­ma­wia­łem z nią ostat­nio. Powie­dzia­ła, że jest szczę­śli­wa. Poczu­łem, że takie pro­jek­ty mają sens, zarów­no w wymia­rze arty­stycz­nym, jak i społecznym. 

W podob­ny spo­sób myślisz o „Pamię­ci mia­sta” w Nowej Hucie?

Nowa Huta nie jest przed­mie­ściem Kra­ko­wa. To osob­ne mia­sto, któ­re­go miesz­kań­cy są dum­ni z miej­sca, w któ­rym żyją. Jeże­li nawet były to kie­dyś nie­bez­piecz­ne „przed­mie­ścia”, to dzi­siaj jest już zupeł­nie inaczej.

Dla mnie „Pamięć Mia­sta” to okno do pod­świa­do­mo­ści mia­sta jako glo­bal­nej isto­ty czy orga­ni­zmu, któ­ry, niczym pla­ne­ta Sola­ris u Lema, wysy­ła nam poetyc­kie i frag­men­ta­rycz­ne prze­sła­nia z głę­bi swej arche­ty­picz­nej podświadomości. 

Mia­sto komu­ni­ku­je się z nami poprzez gło­sy świetl­nych duchów-figur, repre­zen­tu­ją­cych jego miesz­kań­ców. To od nas, odbior­ców, zale­ży, czy zdo­ła­my ziden­ty­fi­ko­wać i zro­zu­mieć ogól­ny obraz, czy zauwa­ży­my ist­nie­nie, czy zro­zu­mie­my orga­ni­za­cję i porzą­dek Patternu. 

O czym roz­ma­wiasz z boha­te­ra­mi swo­ich nagrań? 

Wła­ści­wie nie zada­ję im pytań, bo nie chcę ukie­run­ko­wy­wać ich wspo­mnień, a jedy­nie otwo­rzyć spon­ta­nicz­ny stru­mień pamię­ci. Im mniej kon­tro­lo­wa­ny przez inte­lekt i intu­icyj­ny, tym bar­dziej jest dla mnie war­to­ścio­wy… Pro­szę o wspo­mnie­nia zwią­za­ne z Nową Hutą, włą­czam kame­rę i cze­kam co się z ich pamię­ci wyłoni. 

Dużo się gene­ral­nie mówi o dzie­dzic­twie mate­rial­nym, inwe­stu­je się w budyn­ki i pomni­ki, a prze­cież ist­nie­je też dzie­dzic­two nie­ma­te­rial­ne, czy­li żywi ludzie, ich życie i pamięć. Jeże­li nikt do tej pamię­ci nie się­ga, ona zni­ka wraz z nimi. W tym sen­sie „Pamięć mia­sta” jest też pró­bą oca­la­nia histo­rii tego miej­sca i ludzi, któ­rzy to miej­sce two­rzą.  Jak mówi afry­kań­skie przy­sło­wie: „śmierć star­ca, to pożar biblio­te­ki”. Ta pra­ca rezo­nu­je ze wszyst­kim, co dotąd zrobiłem. 

„Obra­zy pamię­ci, odle­gle wspo­mnie­nia, zacie­ra­jąc gra­ni­ce mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a wyobraź­nią, dają wgląd w «pod­świa­do­mość mia­sta»”, powie­dzia­łeś przy oka­zji naszej wcze­śniej­szej roz­mo­wy. Co mia­łeś na myśli? 

Wie­le tra­dy­cyj­nych kul­tur, ale też współ­cze­sna nauka, suge­ru­ją kon­cep­cję „glo­bal­nej inte­li­gen­cji”. Ideę, że mrów­ki i lasy, gdzie drze­wa komu­ni­ku­ją się i podej­mu­ją wspól­ne decy­zje, zwie­rzę­ta, któ­re zda­ją się być w kon­tak­cie z „inny­mi świa­ta­mi”, posia­da­ją pew­ną for­mę zbio­ro­wej świadomości. 

Jeśli wszech­świat, pla­ne­ta i natu­ra mają glo­bal­ną świa­do­mość i inte­li­gen­cję, a każ­dy czło­wiek jest czę­ścią miej­skie­go Orga­ni­zmu-Cia­ła z wła­sną „wyż­szą świa­do­mo­ścią”, to ozna­cza, że każ­dy z nas jest ele­men­tem więk­szej cało­ści. W tym sen­sie strzę­py pamię­ci i nagle wyła­nia­ją­ce się wspo­mnie­nia sta­ją się ele­men­ta­mi ukła­dan­ki – frag­men­ta­mi wiel­kie­go kosmicz­ne­go porządku. 

„Pamięć Mia­sta” sta­je się monu­men­tal­ną rzeź­bą świetl­ną, w któ­rej miesz­kań­cy prze­ista­cza­ją się w arche­ty­picz­ne świe­tli­ste duchy-figury.

Sta­ro­żyt­ne monu­men­tal­ne posta­cie, mitycz­ne duchy przod­ków z folk­lo­ry­stycz­nych, tra­dy­cyj­nych opo­wie­ści, z owia­nych tajem­ni­cą odwiecz­nych rytu­ałów. Świe­tli­ste duchy mia­sta, z prze­szło­ści i przy­szło­ści, roz­ma­wia­ją z nami, przy­no­sząc frag­men­ty swo­ich opo­wie­ści, któ­re poja­wia­ją się, by znów wto­pić się w chó­ral­ny wielogłos. 

Przy­no­sząc obra­zy pamię­ci, miesz­kań­cy mia­sta dołą­cza­ją do chó­ru. Ich gło­sy sta­ją się sły­szal­ne a póź­niej zani­ka­ją, mie­sza­jąc się i ustę­pu­jąc miej­sca innym frag­men­tom glo­bal­nej poetyc­kiej tajem­ni­cy nas, miesz­kań­ców miasta.

Opo­wiedz, pro­szę, jak się zaczę­ła Two­ja współ­pra­ca z Domem Utopii?

O tym, że Nowej Hucie jest Dom Uto­pii, dowie­dzia­łem się kil­ka mie­się­cy temu. Kie­dy zaczą­łem się bli­żej przy­glą­dać pro­jek­tom i ide­om, któ­re Wam przy­świe­ca­ją, pomy­śla­łem, że kon­cep­cja tego miej­sca ide­al­nie rezo­nu­je z tym, czym ja sam się od lat zaj­mu­ję. Dom Uto­pii jest dla mnie rady­kal­nym, nowa­tor­skim i uni­ka­to­wym cen­trum sztuki. 

W swo­jej pra­cy nigdy nie pró­bo­wa­łem się ogra­ni­czać albo defi­nio­wać jako arty­sta pew­ne­go typu. Płyn­nie prze­cho­dzi­łem pomię­dzy wyda­rze­nia­mi per­for­ma­tyw­ny­mi, sce­nicz­ny­mi, para­te­atral­ny­mi, per­for­man­sem i kla­sycz­ny­mi for­ma­mi sztuk plastycznych. 

Nigdy nie inte­re­so­wa­ło mnie opra­wia­nie prac w ramy czy uży­wa­nie ist­nie­ją­cych stan­dar­do­wych for­ma­tów. Prze­ciw­nie! Nie zda­rzy­ło mi się robić dwóch takich samych rze­czy. Taka posta­wa zakła­da cią­głe poszu­ki­wa­nia, już na pozio­mie same­go medium. To tro­chę tak, jak­bym pod­czas two­rze­nia każ­dej z prac uczył się od począt­ku alfa­be­tu albo wręcz wymy­ślał ten alfa­bet od zera. Mam wra­że­nie, że podob­ne idee przy­świe­ca­ją Domo­wi Uto­pii, co z pew­no­ścią jest ogrom­ną zasłu­gą Mał­go­rza­ty Szy­dłow­skiej, dyrek­tor­ki tego miej­sca i kura­tor­ki nowo­huc­kiej odsło­ny „Pamię­ci Mia­sta”. Mał­go­rza­ta myśli o sztu­ce bar­dzo sze­ro­ko. Nie ogra­ni­cza się do jakiejś kon­kret­nej dzie­dzi­ny, cho­ciaż sama jest sce­no­graf­ką. Jej otwar­tość na arty­stycz­ny eks­pe­ry­ment i wol­ność są mi bar­dzo bliskie. 

Masz jakieś związ­ki z Nową Hutą? 

Jako mło­dy czło­wiek przez kil­ka lat miesz­ka­łem w Kra­ko­wie, stu­diu­jąc na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Nowa Huta nie była w obsza­rze moich arty­stycz­nych poszu­ki­wań, ale wią­że się z nią moja rodzin­na histo­ria, któ­ra rów­nież wpi­su­je się w „Pamięć miasta”.

Opo­wiedz o niej, proszę. 

Uro­dzi­łem się w Sano­ku, czy­li nie­mal w Biesz­cza­dach. Stam­tąd też pocho­dził kuzyn moje­go dziad­ka ze stro­ny mat­ki – Marian Kru­czek, czy­li jeden z pierw­szych i naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych nowo­huc­kich arty­stów. Nigdy nie pozna­łem go oso­bi­ście, ale jego postać była obec­na w mojej świa­do­mo­ści od dziec­ka. Mam w pamię­ci takie prze­bły­ski, że jestem z rodzi­ca­mi w muzeum, w któ­rym poka­zu­ją mi „beto­no­we kra­sno­lud­ki” któ­re zro­bił Marian Kruczek. 

Kie­dy oka­za­ło się, że będę reali­zo­wał z Domem Uto­pii „Pamięć mia­sta”, od razu pomy­śla­łem, że muszę do nie­go zapro­sić zarów­no Maria­na Krucz­ka, jak i jego potom­ków. Oka­za­ło się, że jedy­ną oso­bą arty­stycz­ną, któ­ra nadal żyje, jest Kasia Szad­kow­ska, czy­li wnucz­ka Maria­na, któ­ra sama też jest malar­ką. Arty­stą był rów­nież jej ojciec – Paweł Kru­czek i bab­cia – Józe­fa Sobór-Kru­czek. Powie­dzia­łem o swo­im pomy­śle Mał­go­rza­cie Szy­dłow­skiej, któ­ra jest kura­tor­ką „Pamię­ci Mia­sta” i Łuka­szo­wi Trzciń­skie­mu odpo­wie­dzial­ne­mu za koor­dy­na­cje pro­jek­tów arty­stycz­nych w Domu Uto­pii. Uzna­li­śmy to za dobry pomysł. Ogrom­nie się cie­szę, że uda­ło nam się go zrealizować. 

Marian Kru­czek zało­żył „Gale­rię pod Chmur­ką”. Ty zre­ali­zo­wa­łeś w Pary­żu pro­jekt „Clo­ud­Ci­ty” („Mia­sto Chmur”) i „Chmu­ry z beto­nu”. Czy tema­ty tych prac jakoś ze sobą dialogują?

Robiąc wysta­wę w Pary­żu, nie myśla­łem o Krucz­ku. W „Clo­ud­Ci­ty” cho­dzi­ło mi m.in. o to, że mia­sto jako orga­nizm wspi­na się z wie­żow­ca­mi w górę i im wyżej, tym jest bli­żej Olim­pu i jego sacrum. Potem zro­bi­łem serię prac „Chmu­ry z beto­nu”. Po jakimś cza­sie oka­za­ło się, że one dosko­na­le rezo­nu­ją z tym, co zamie­rzam zro­bić w Nowej Hucie. Mamy tu ana­lo­gie do „Gale­rii pod Chmur­ką”. Jest beton i jest uto­pia, któ­ra była bli­ska rów­nież Maria­no­wi Krucz­ko­wi. Wszyst­ko zaczę­ło się łączyć w jeden Pattern.

Moż­na chy­ba powie­dzieć, że two­rzysz pew­ne­go rodza­ju epo­pe­ję nowohucką?

Chciał­bym. Za spra­wą tych wszyst­kich dzia­łań i prac Jubi­lat­ka aspi­ru­je do odzy­ska­nia pozy­cji prze­strze­ni mitycz­nej, zresz­tą nie tyl­ko dla mnie. Sła­wek Shu­ty, któ­ry współ­two­rzy „Pamięć Mia­sta”, opo­wie­dział mi, że jako 19-latek miał ze swo­im zespo­łem roc­ko­wym pró­by w Kinie Świt. Póź­niej cho­dzi­li na piwo do Jubi­lat­ki. Dla nie­go to też jest kul­to­wa histo­ria. No ale w mię­dzy­cza­sie zarów­no po Jubi­lat­ce, jak i po Kinie Świt prze­je­chał walec agre­syw­ne­go neo­li­be­ral­ne­go kapi­ta­li­zmu, któ­ry w stre­fach post­so­wiec­kich widać o wie­le bar­dziej, niż w jakich­kol­wiek innych czę­ściach świata. 

Opo­wiedz, pro­szę, o Two­ich pra­cach, któ­re moż­na zoba­czyć w Jubilatce. 

Przez dzie­więć tygo­dni, któ­re poprze­dzi­ły nowo­huc­ką „Pamięć mia­sta”, mia­łem w Cen­trum Sztu­ki La Tra­ver­se w Pary­żu wspo­mnia­ną wcze­śniej wysta­wę „Widzę bez­den­ną aro­gan­cję moich wła­snych uprze­dzeń, jestem tyl­ko czło­wie­kiem”, co jest cyta­tem z książ­ki „Kosmicz­na spi­ra­la. Prze­ka­zy­wa­nie wie­dzy za pośred­nic­twem DNA”. Jej auto­rem jest Jere­my Narby, któ­ry spę­dził kil­ka lat w Ama­zo­nii, żyjąc z ple­mie­niem Asha­nin­ca w Peru.

Jego obser­wa­cje uczest­ni­czą­ce dopro­wa­dzi­ły go do bar­dzo cie­ka­wych wniosków. 

To zna­czy?

W świe­cie w któ­rym każ­da for­ma życia jest opar­ta na tym samym kodzie, a współ­cze­sna nauka 90% tegoż cią­gle nazy­wa śmie­ciem (Jun­kADN), Narby posta­wił tezę, że w pew­nych, szcze­gól­nych sta­nach świa­do­mo­ści może­my pod­łą­czyć się do zapi­su wie­dzy, któ­re ten kod zawie­ra. Stąd ana­lo­gie obra­zów arche­ty­po­wych w cywi­li­za­cjach geo­gra­ficz­nie bar­dzo od sie­bie odle­głych. Stąd też prze­pi­sy na pro­duk­cję nie­praw­do­po­dob­nie skom­pli­ko­wa­nych leków, któ­re zachod­nie kon­cer­ny far­ma­ko­lo­gicz­ne wykra­da­ją cho­dzą­cym na bosa­ka India­nom w Ama­zo­nii. I stąd też glo­bal­na świa­do­mość i inte­li­gen­cja Żyjącego. 

Co masz na myśli mówiąc o „Żyją­cym”? 

Żyjącym/Żyjącą jest dla mnie Natura. 

Tak­że „The Eco­lo­gi­cal Tho­ught” Timo­thy Mor­to­na, jego kon­cep­cje Sie­ci, Ciem­nej eko­lo­gi czy Hipe­ro­biek­tow wywar­ły duży wpływ na pra­ce, któ­re tu pokazuję.

Od kie­dy zaj­mu­ję się twór­czo­ścią, pró­bu­ję docie­rać do świa­do­mo­ści odbior­ców poprzez róż­ne dro­gi per­cep­cji, eks­plo­ro­wać to, w jaki spo­sób ta per­cep­cja funk­cjo­nu­je. Uwa­żam. że nie da się w peł­ni dotrzeć do świa­do­mo­ści „inne­go” jedy­nie poprzez słowa. 

Pisa­rze i dra­ma­tur­dzy byli­by inne­go zdania…

Jakiś czas temu dys­ku­to­wa­łem o tym z pew­nym fran­cu­skim reży­se­rem teatral­nym. Fran­cu­ski teatr jest bar­dzo lite­rac­ki. Jest wie­le przed­sta­wień, któ­re ope­ru­ją wyłącz­nie tek­stem. Nie ma świa­tła, sce­no­gra­fii, kostiu­mu, tyl­ko sło­wa. Wspo­mnia­ny reży­ser powie­dział, że nośni­kiem sen­su jest wyłącz­nie tekst, z czym nie mogę się zgo­dzić, robiąc to, co robię. 

Kura­tor­ką mojej pary­skiej wysta­wy była Bet­tie Nin, któ­ra jest artyst­ką i genial­ną zupeł­nie oso­bą. Zain­spi­ro­wa­li­śmy się trze­ma tek­sta­mi, dwa to wspo­mnia­ne wcze­śniej książ­ki. Trze­cim jest „Cri­sis of Trans­for­ma­tion”, nie­pu­bli­ko­wa­ny tekst bli­sko 90-let­nie­go dzi­siaj pisa­rza – Nor­ma­na Spin­ra­da, jed­ne­go ze zna­czą­cych ame­ry­kań­skich auto­rów scien­ce-fic­tion, przy­ja­cie­la Phi­li­pa K. Dic­ka i Sta­ni­sła­wa Lema.

Waż­nym tema­tem w Two­jej twór­czo­ści jest natu­ra. Czę­sto poja­wia się w Two­ich pra­cach, rów­nież w tych, któ­re moż­na zoba­czyć w Jubilatce. 

Kul­tu­ra judeo-chrze­ści­jań­ska posta­wi­ła ludzi w cen­trum świa­ta. Według niej jeste­śmy pniem drze­wa, z któ­re­go wyra­sta­ją kona­ry, mają­ce o wie­le mniej­szą war­tość. Tym­cza­sem we wszyst­kich naj­now­szych kon­cep­cjach, któ­re o wie­le bar­dziej odpo­wia­da­ją rze­czy­wi­sto­ści, nie ma żad­ne­go cen­trum, ani war­to­ścio­wa­nia tego, co żywe. Jeste­śmy wszy­scy ze sobą połą­cze­ni. Nie ma więc naj­mniej­sze­go powo­du, żeby sta­wiać natu­rę w opo­zy­cji do kul­tu­ry, ponie­waż my sami jeste­śmy natu­rą, podob­nie jak słoń, mrów­ka czy drze­wo. Tyl­ko 0,1% nasze­go kodu gene­tycz­ne­go jest spe­cy­ficz­ne dla Homo Sapiens, resz­ta jest taka sama jak DNA wszyst­kie­go, co żyje. 

Patrząc na Two­je port­fo­lio, moż­na odnieść wra­że­nie, że Jesteś nie­ustan­nie w dro­dze. Reali­zu­jesz swo­je pro­jek­ty nie­mal na całym świecie. 

Nie­zwy­kle waż­na w mojej pra­cy jest idea noma­dy­zmu. Podró­że są dla mnie ogrom­nym źró­dłem inspi­ra­cji. Od zawsze czu­łem się dobrze, kie­dy byłem w ruchu. Podró­że dają mi poczu­cie wol­no­ści, a wol­ność jest dla mnie najważniejsza.

W ubie­głym roku podró­żo­wa­łem przez mie­siąc po Austra­lii. Prze­je­cha­łem ponad 5500 km, odwie­dza­jąc mnó­stwo nie­zwy­kle cie­ka­wych miejsc. W tym m.in. desz­czo­we lasy tro­pi­kal­ne, któ­re są – moim zda­niem – taki­mi arche­ty­po­wy­mi obra­za­mi Ede­nu. Pod wpły­wem tego, cze­go tam doświad­czy­łem, zaczą­łem serię prac, obra­zów, rysun­ków i insta­la­cji pt. „Pan­sper­mia”, w któ­rych sta­ram się eks­plo­ro­wać szcze­gól­ny rodzaj kom­po­zy­cji, prze­no­sząc na kla­sycz­ne for­my pla­stycz­ne pocho­dzą­ce z nowych mediów i innych dys­cy­plin immer­sje. To tro­chę tak, jak­by­śmy zamiast patrzeć na pej­zaż, byli zanu­rze­ni w jego wnętrzu. 

Obra­zy z tej serii rów­nież moż­na zoba­czyć w Jubilatce. 

Przy­wio­złem do Nowej Huty dwie pra­ce z tej serii:  „Pan­sper­mia Gre­en” i „Pan­sper­mia Vor­tex”. Podróż po austra­lij­skim NSW zain­spi­ro­wa­ła cały okres pra­cy nad moją ostat­nią wysta­wą. Odwie­dzi­łem tam oko­ło 50 par­ków naro­do­wych, któ­re są mały­mi insty­tu­cja­mi i w sumie dość dziw­ny­mi tworami. 

Dla­cze­go? 

W cią­gu jed­ne­go dnia moż­na odwie­dzić na przy­kład trzy par­ki. Wjeż­dża się na zamknię­ty teren, kupu­je się bilet i zaczy­na się tour po par­ku, a kil­ka­na­ście metrów dalej, tuż za ogro­dze­niem, par­ku już nie ma. Jest tyl­ko zde­wa­sto­wa­na przez inten­syw­ną agro­kul­tu­rę zie­mia. Nisz­czo­na nie­ustan­nie pesty­cy­da­mi, któ­re nie dają szans, żeby mogła się odro­dzić albo zre­ge­ne­ro­wać. Po dru­giej stro­nie sie­dzą ści­śnię­te za pło­tem kan­gu­ry, któ­re pod­le­ga­ją ochro­nie. Patrzy­łem na to i myśla­łem, że to, co robi czło­wiek jest total­nym bez­sen­sem. Nijak ma się do kon­cep­cji o któ­rych mówi­łem wcze­śniej, tzn., że jako ludzie jeste­śmy czę­ścią Żyją­ce­go (Natu­ry), a nie jakimś osob­nym bytem. Tym­cza­sem z jed­nej stro­ny jeste­śmy dla Natu­ry szkod­ni­ka­mi, a z dru­giej sta­ra­my się być się jej kon­ser­wa­to­ra­mi. Sta­ra­łem się to prze­ka­zać za pomo­cą pra­cy, któ­rą rów­nież moż­na obec­nie zoba­czyć w prze­strze­ni Jubilatki. 

Opo­wiedz o niej pro­szę tym, któ­rzy nie będą mie­li oka­zji, żeby ją oso­bi­ście zobaczyć.

Bez­po­śred­nio po powro­cie z Austra­lii, w paśmie Buko­wi­cy w Beski­dzie Niskim zry­wa­łem latem świe­że liście buko­we. Spró­bo­wa­łem je odizo­lo­wać za pomo­cą szkła i beto­nu zbro­jo­ne­go, w obiek­tach któ­re nazwa­łem „prób­ka­mi”. Oka­za­ło się, że ta pró­ba kon­ser­wa­cji de fac­to przy­no­si stwo­rze­nie cze­goś rady­kal­nie inne­go od punk­tu wyjścia.

To zna­czy?

Mimo izo­la­cji, te pięk­ne, świe­że liście pokry­ły się grzy­ba­mi i róż­ne­go rodza­ju naro­śla­mi. Zmie­ni­ły się w coś zupeł­nie inne­go. To poka­zu­je pew­ne­go rodza­ju wyna­tu­rze­nie i absurd naszych czasów. 

Na mojej pary­skiej wysta­wie były też insta­la­cje wideo, p.. „Trans­owy taniec do muzy­ki kro­pli desz­czu” z muzy­ką Richar­da i Dun­ca­na Pin­ha­sów. Richard Pin­has jest fran­cu­skim muzy­kiem awan­gar­do­wym, z któ­rym współ­pra­cu­ję od 25 lat. Pró­bo­wa­łem go ścią­gnąć do Nowej Huty na wspól­ny występ w ramach „Pamię­ci Mia­sta”, ale jego 80-let­nie cia­ło nie mogło przy­stać na tę propozycję. 

Zupeł­nie inną opo­wie­ścią niż Two­je austra­lij­skie pra­ce jest insta­la­cja „Kli­ny”, któ­rą zro­bi­łeś w Beski­dzie Niskim. 

Nie­da­le­ko drew­nia­nej cha­łu­py, któ­rą zbu­do­wa­łem w Beski­dzie Niskim, jest miej­sco­wość Bukow­sko, z któ­rej pocho­dzi znacz­na część mojej rodzi­ny. Ludzie, któ­rzy tam żyją, opo­wie­dzie­li mi, że w latach 30. XX wie­ku ówcze­sny „Pan”zebrał wszyst­kie rodzi­ny i sprze­dał im 300 hek­ta­rów lasu. „On coś prze­czu­wał”, mówi­li moi roz­mów­cy. Chło­pi, któ­rzy kupi­li las zało­ży­li „Wło­ściań­ską spół­kę leśną” – rodzaj koope­ra­ty­wy. Prze­trwa­li woj­nę, cza­sy sta­li­now­skie i komu­nę. Nie­mal wszyst­kie lasy dooko­ła są w mniej­szym lub więk­szym stop­niu zde­wa­sto­wa­ne, a nale­żą­cy do oko­ło stu rodzin Bukow­skich las rozkwita. 

W jaki spo­sób uda­je im się przez bli­sko wiek zgod­nie tym lasem zarządzać?

Te wszyst­kie rodzi­ny zbie­ra­ją się dwa razy do roku, żeby pod­czas gło­so­wa­nia zde­cy­do­wać, któ­re drze­wa i w jakiej licz­bie zosta­ną wycię­te. Od razu myślą też o nasa­dze­niach. Cała wieś jest opa­la­na w zimie drew­nem z tego lasu. Czer­pią też z nie­go wszy­scy, któ­rzy potrze­bu­ją ele­men­tów drew­nia­nych do budo­wy swo­ich domów. Jesz­cze uda­je im się tro­chę tego drew­na sprze­dać i na tym zaro­bić.  Roz­ma­wia­łem z tymi ludź­mi o lesie, o tym jak żyją i wiesz co usłyszałem?

Powiedz. 

Odpo­wie­dzie­li, że muszą dbać, żeby w tym miej­scu nie było pusty­ni. Robią to dla swo­ich dzie­ci, wnu­ków i pra­wnu­ków. Gdy­by wszyst­ko dooko­ła powy­ci­na­li, to co by tym dzie­ciom i wnu­kom zosta­wi­li? Na jakim świe­cie przy­szło by im żyć? Jeden z naj­star­szych męż­czyzn – pan Grześ, któ­ry jest leśni­czym, powie­dział: „a co się sta­nie jak my to wszyst­ko wytnie­my, a przyj­dzie koniec cza­su?”. O jakim „koń­cu cza­su” on mówił?  Prze­cież to jest ta głę­bo­ka mądrość, intu­icyj­na, zwie­rzę­ca nie­mal… Myśl o prze­trwa­niu lini gene­alo­gicz­nej, gatun­ku, nie­mal­że życia. Świa­do­mość na „wyż­szym pozio­mie”, któ­rej nie zabu­rza chci­wość i zaspo­ka­ja­nie potrzeb tyl­ko „tu i teraz”. 

Wróć­my jesz­cze na chwi­lę do Jubi­lat­ki. W tej prze­strze­ni jest jesz­cze jeden obraz zain­spi­ro­wa­ny Austra­lią, któ­ry przy­cią­ga wzrok. Wyko­na­łeś go na lnia­nym płótnie. 

Lnia­ne płót­no było syno­ni­mem roz­wo­ju gospo­dar­cze­go Euro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej w XIX wie­ku i w począt­kach dwu­dzie­ste­go. Póź­niej, podob­nie jak inne sub­stan­cje natu­ral­ne, np. kono­pie, zosta­ło cał­ko­wi­cie wypar­te i zastą­pio­ne sztucz­ny­mi mate­ria­ła­mi, któ­re są trwa­łe i moc­ne, ale de fac­to są dla nasze­go cia­ła tru­ją­ce. Tym­cza­sem len jest jed­nym z naj­pięk­niej­szych mate­ria­łów, jakie ist­nie­ją. Na tym płót­nie, któ­re mia­łem w rol­ce, nary­so­wa­łem duży rysu­nek, któ­ry ma 8 m na 2,20 m. Nama­lo­wa­łem też obraz, któ­ry jest w Jubi­lat­ce czę­ścią insta­la­cji „Pan­sper­mia Vor­tex”, do któ­rej uży­łem też kawał­ków pokru­szo­ne­go beto­nu z budyn­ków nowo­huc­kich. W tych pra­cach na lnie, z cyklu „Pan­sper­mia”, ta dżun­gla i las są nadal żywe.

Do swo­ich pro­jek­tów czę­sto zapra­szasz przy­ja­ciół. Wśród arty­stów, któ­rzy dotąd poja­wi­li się w prze­strze­ni Jubi­lat­ki był m.in. pary­ski DJ Patrick Vidal, Łukasz Sza­łan­kie­wicz „Zenial”, malarz Ryszard Szoz­da, Marek Cho­ło­niew­ski. Będzie też Wło­dek Kinior­ski. Poza tym rów­nież pisarz Sła­wek Shu­ty, z któ­rym reali­zu­jesz „Pamięć Mia­sta”. Wie­lo­krot­nie pod­kre­śla­łeś też, jak waż­nym arty­stą jest dla Cie­bie Rafał Mazur, muzyk i filo­zof, któ­ry reali­zu­je tutaj cykl Kon­cer­tów Głę­bo­kie­go Słuchania. 

Sta­ram się współ­pra­co­wać z ludź­mi, któ­rzy mają podob­ną ener­gię do mojej. Bil­ska jest im też filo­zo­fia, któ­rą wyzna­ję. Z nie­któ­ry­mi współ­pra­cu­ję od 25 lat, czy­li od cza­su, kie­dy zaczą­łem swo­ją aktyw­ność artystyczną. 

Z Mar­kiem Cho­ło­niew­skim poza odwiecz­ną współ­pra­cą łączy nas głę­bo­ką przy­jaźń. Na wysta­wie jest „Modus Inter­no” jako nie­wiel­ka, zma­po­wa­na makie­ta-rzeź­ba. Dwa­na­ście lat temu zre­ali­zo­wa­łem map­ping na dużym budyn­ku w Casca­is w Por­tu­ga­lii pod­czas festi­wa­lu Lumi­na. Marek był auto­rem muzy­ki do „Motus Inte­no”. Patrick Vidal jest guru pary­skiej sce­ny dj-skiej LGBT, żywą ency­klo­pe­dią muzy­ki elek­tro­nicz­nej. Śpie­wał w pierw­szym fran­cu­skim zespo­le pun­ko­wym. Wystę­po­wa­li­śmy wspól­nie dzie­siąt­ki razy. Z Zenia­lem, któ­ry tak jak ja uro­dził się w Sano­ku, przez oko­ło deka­dę współ­two­rzy­li­śmy Oko­sa­nu, czy­li duet audio­wi­zu­al­ny gra­ją­cy kon­cer­ty A/V. Zagra­li­śmy kil­ka tras w róż­nych krajach. 

Milosh Luczyn­ski i Patrick Vidal w Jubilatce

Z Włod­kiem Kinior­skim, któ­ry poja­wi się w Jubi­lat­ce 30 sierp­nia, pozna­li­śmy się na tra­sie Polish Sound Art in Chi­na w 2006 roku, a ze Sław­kiem Shu­ty jeste­śmy sąsia­da­mi. Moja cha­ta jest na pół­noc­nej, a jego na połu­dnio­wej stro­nie pasma beskidz­kie­go, któ­re oddzie­la Bukow­sko od Jaślisk. Z Rafa­łem Mazu­rem poza przy­jaź­nią i sztu­ką łączy nas miłość do dale­kie­go wscho­du, jego filo­zo­fii, kon­cep­cji życia i świata. 

Nie­zwy­kle waż­ną dla mnie artyst­ką, któ­rą chciał­bym w tej opo­wie­ści wymie­nić, jest rów­nież Ewa Cie­pie­lew­ska, malar­ka, per­for­mer­ka i akty­wist­ka, któ­ra napi­sa­ła do mojej pary­skiej wysta­wy tekst „Kępa zie­lo­na” o swo­ich podró­żach po rze­ce. Ewa, poza tym że jest cudow­ną, mądrą oso­bą, jest moją arty­stycz­ną idolką.

W tek­ście, któ­ry przy­wo­ła­łeś napi­sa­ła m.in.: „Moja ojczyzna/matczyzna jest tam, gdzie moje ser­ce – w lesie, na rze­ce. Na Wiśle, na Kępie Zie­lo­nej, na 710 kilo­me­trze, naprze­ciw Cie­cho­cin­ka. Wio­sną roz­bi­jam tam namiot, gło­gi kwit­ną i czu­ję, że jestem w domu”. Potra­fił­byś okre­ślić, gdzie jest dzi­siaj Two­ja „Kępa Zielona”? 

Chy­ba w drodze. 

Milosh Luczyn­ski jest arty­stą mul­ti­dy­scy­pli­nar­nym. Zaj­mu­je się wideo, insta­la­cją, per­for­man­sem, rysun­kiem, malar­stwem, obiek­tem, świa­tłem, sce­no­gra­fią… Łączy sztu­ki wizu­al­ne, muzy­kę, teatr i tech­no­lo­gię. Stu­dio­wał antro­po­lo­gię kul­tu­ro­wą na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim w Kra­ko­wie, prze­strzeń i kolor na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Kra­ko­wie oraz sztu­kę i komu­ni­ka­cję na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Tulu­zie. Jego pra­ce były wysta­wia­ne m.in. w Pary­żu, Peki­nie, Ber­li­nie, Lon­dy­nie i Syd­ney. Miesz­ka i pra­cu­je w Pary­żu, Beski­dzie Niskim i Normandii.

Zdję­cia: Artur Rakowski

Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mini­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go pocho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tu­ry – pań­stwo­we­go fun­du­szu celowego

#newsletter
Bądź na bieżąco