„Mia­sto Ide­al­ne” gło­sa­mi robotników

Foto­gra­fie Wik­to­ra Pen­ta­la i Hen­ry­ka Maka­re­wi­cza, pocho­dzą­ce z kolek­cji Fun­da­cji Ima­go Mun­di, któ­re zło­ży­ły się na nową odsło­nę wysta­wy „Mia­sto Ide­al­ne”, uzu­peł­nia­ją gło­sy hut­ni­ków, któ­rzy musie­li się zmie­rzyć z wyga­sza­niem Wiel­kie­go Pie­ca. Wysta­wę oraz towa­rzy­szą­cy mu pro­jekt edu­ka­cyj­no-badaw­czy dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Muzeum Histo­rii Pol­ski – w pro­gra­mie Patrio­tyzm Jutra 2024.

25 lute­go 1949 r. rząd PRL zatwier­dził tere­ny Mogi­ły – Ple­szo­wa jako miej­sce budo­wy Nowej Huty. Czte­ry lata póź­niej – 21 stycz­nia 1954 r., w trzy­dzie­stą rocz­ni­cę śmier­ci W.I. Leni­na, pod­kra­kow­skie­mu kom­bi­na­to­wi meta­lur­gicz­ne­mu nada­no nazwę – Huta im. Leni­na. 21 lip­ca tego same­go roku, roz­po­czął pro­duk­cję Wiel­ki Piec nr l. Ofi­cjal­nie, uzna­je się tę datę jako począ­tek ist­nie­nia Huty im. W. Lenina.

Przez kolej­ne dzie­się­cio­le­cia kom­bi­nat w Nowej Hucie zatrud­niał dzie­siąt­ki tysię­cy robot­ni­ków, zapew­nia­jąc dach nad gło­wą ich rodzi­nom. Był jak biją­ce ser­ce dziel­ni­cy. Finan­so­wał domy kul­tu­ry, osie­dlo­we klu­by muzycz­ne, wyda­rze­nia spor­to­we, orga­ni­zo­wał życie kil­ku­dzie­się­ciu tysiąc­om rodzin. Po roku 1989 roku jego mit zaczął pod­upa­dać. Z roku na rok, spa­da­ła. Coraz wię­cej hut­ni­ków zaczę­ło tra­cić pra­cę, a wokół Wiel­kie­go Pie­ca zaczę­ło się poja­wiać wid­mo wyga­sze­nia. Osta­tecz­nie nastą­pi­ło to 23 listo­pa­da 2019. Pre­zes Arce­lor­Mit­tal Pol­ska Geert Ver­be­eck oznaj­mił wów­czas, że jest to tym­cza­so­we wstrzy­ma­nie pra­cy, nie poda­jąc przy tym daty ponow­ne­go uru­cho­mie­nia. Pie­ca już nie uru­cho­mio­no i „wyga­sza­ne” są kolej­ne linie pro­duk­cyj­ne w hucie.

Robot­ni­cy, któ­rzy prze­pra­co­wa­li tam całe życie, mówią, że ich życie gaśnie razem z hutą. Dla nich to nie było tyl­ko miej­sce pra­cy, ale też mło­dość, nadzie­ja na wła­sny dom, miłość i w mia­rę dobre życie. Dla młod­szych hut­ni­ków, „wyga­sza­nie” ozna­cza zmia­nę pra­cy i koniecz­ność wędrów­ki na Śląsk albo w inne miejsce.


Marian­na Czekaj

Byłam suw­ni­co­wą 

Marian­na Cze­kaj: Pra­co­wa­łam na kom­bi­na­cie jako suw­ni­co­wa. Kon­kret­nie na suw­ni­cy magne­zo­wej i czer­pa­ko­wej, w latach 1975–1986. Ode­szłam na eme­ry­tu­rę zanim przy­szły te wszyst­kie zmia­ny, któ­re teraz widzi­my. Przy­kre jest to, co się z kom­bi­na­tem sta­ło. Kie­dyś, to było cen­trum życia Nowej Huty. Nie było rodzi­ny, z któ­rej ktoś by tam nie pracował.

Mał­go­rza­ta Wach: Mogła­by Pani opi­sać na czym pole­ga­ła Pani praca?

To była trzy­zmia­no­wa pra­ca: noce, popo­łu­dniów­ki i ran­ki. Było cięż­ko, ale przede wszyst­kim, bar­dzo odpo­wie­dzial­nie. Nie zawsze było z góry widać, co się dzie­je na dole. Czer­pa­ko­wa suw­ni­ca była 15 metrów nad zie­mią, więc napraw­dę wyso­ko. Magne­zo­we suw­ni­ce były tro­chę niż­sze, ale tam była z kolei odpo­wie­dzial­ność, żeby wje­chać bez­piecz­nie do wagonu. 

Suw­ni­ca to takie wiel­kie koło o śred­ni­cy mniej wię­cej 1,5 metra, na któ­rej znaj­du­je się magnes, za pomo­cą któ­re­go się zbie­ra­ło złom i prze­wo­zi­ło w inne miej­sce. Sie­dzia­łam na samej górze, w nie­wiel­kiej kabi­nie, z któ­rej tą maszy­ną ste­ro­wa­łam za pomo­cą przy­ci­sków. Musia­łam być w peł­ni sku­pio­na.  Łatwo było o wypa­dek. Tak, że bar­dzo odpo­wie­dzial­na pra­ca. Na szczę­ście przez 10 lat mojej pra­cy na suw­ni­cy żad­ne­go wypad­ku nie było. 

Jak Pani tra­fi­ła do kombinatu?

Wcze­śniej w kom­bi­na­cie pra­co­wał mój mąż. Kie­dy dzie­ci już poszły do szko­ły, posta­no­wi­łam, że i ja pój­dę pra­co­wać do Huty, zwłasz­cza że jak pra­co­wa­ły dwie oso­by, to łatwiej było dostać miesz­ka­nie. I fak­tycz­nie tak się sta­ło. Nie­dłu­go póź­niej dosta­li­śmy z mężem przy­dział na ul. Cie­ni­stej, tuż za kościo­łem Arka. 

I tam się uro­dzi­ły dzieci? 

Nie. Dzie­ci się uro­dzi­ły jesz­cze na wsi u moich rodzi­ców w Świę­to­krzy­skim. Póź­niej wyna­ję­li­śmy z mężem miesz­ka­nie koło huty. 

Z mężem pocho­dzi­li­śmy z tej samej wsi. Mie­li­śmy do sie­bie zale­d­wie parę kro­ków. Ślub wzię­li­śmy w 1971 roku. 

A jak się zna­leź­li­ście w Nowej Hucie? 

Mąż usły­szał, że jest pra­ca w Nowej Hucie i za jakiś czas będzie moż­na dostać miesz­ka­nie więc się zgło­sił. Ja dołą­czy­łam póź­niej, jak tyl­ko dzie­ci poszły do szkoły. 

Lubi­ła Pani tą pracę?

Lubi­łam. Wszy­scy się tam sza­no­wa­li­śmy. Naj­trud­niej­sze były dla mnie noce. W cią­gu dnia zaj­mo­wa­łam się dzieć­mi i domem, trze­ba było coś ugo­to­wać, uprać i posprzą­tać, więc jak przy­szła noc, to przy­cho­dzi­ło też zmę­cze­nie, ale jakoś dawa­łam radę. 

Dzieć­mi wte­dy zaj­mo­wał się mąż. Sta­ra­li­śmy się tak ukła­dać zmia­ny, żeby się wymie­niać. Mamy trój­kę dzie­ci, więc to było nie małe wyzwanie. 

Suw­ni­co­we były podob­no w Hucie darzo­ne dużym szacunkiem. 

To praw­da. Kie­dy poszłam na urlop macie­rzyń­ski po uro­dze­niu trze­cie­go dziec­ka i powie­dzia­łam, że już z nie­go na suw­ni­cę nie wró­cę, kie­row­nik pro­sił, żebym się jesz­cze zasta­no­wi­ła. To była dosyć dobrze płat­na pra­ca, ale zde­cy­do­wa­łam, że do kom­bi­na­tu już nie wró­cę i po 10 latach ode­szłam. Poszłam pra­co­wać gdzie indziej.

Naj­trud­niej­szy dzień w pracy? 

Wybu­chu sta­nu wojen­ne­go. Nigdy tego nie zapo­mnę.

Jak to wyglądało?

Byłam wte­dy na noc­nej zmia­nie. Nie wol­no nam się było ruszyć ze sta­no­wi­ska pra­cy. Każ­dy musiał sie­dzieć na swo­im miej­scu. Nie wol­no nam było roz­ma­wiać. Zresz­tą nawet jak­bym chcia­ła, to nie mia­ła­bym jak i z kim, bo byłam zamknię­ta w tej małej kabi­nie. Cały czas wyły syre­ny. Czło­wiek sie­dział w takim napię­ciu, że coś strasz­ne­go. Nie­któ­rzy mówi­li, że będzie woj­na, a w domu zosta­ły dzie­ci i mąż. Róż­ne rze­czy czło­wie­ko­wi przy­cho­dzi­ły do gło­wy. Na szczę­ście jak tyl­ko skoń­czy­ła się zmia­na, wypu­ści­li nas do domu. Chy­ba nigdy póź­niej, w swo­im życiu nie bie­głam do domu tak szyb­ko jak wtedy. 

Wię­cej się dzia­ło na sta­low­ni i na tych wiel­kich pie­cach. Sły­sza­łam, że tam ludziom kaza­li się kłaść na pod­ło­gę, przy­sta­wia­li do skro­ni lufy karabinów.

A mia­ła Pani jakiś szczę­śli­wy dzień w kom­bi­na­cie, któ­ry się Pani naj­bar­dziej wyrył w pamięci? 

Naj­bar­dziej to się cie­szy­li­śmy z mężem, jak wresz­cie dosta­li­śmy wła­sne miesz­ka­nie. W samym kom­bi­na­cie inte­re­so­wa­ła mnie tyl­ko pra­ca. Nie anga­żo­wa­łam się w życie towa­rzy­skie, bo trze­ba było biec do dzieci. 

A jak­by Pani mia­ła dru­gi raz prze­żyć życie, to Pani pra­co­wa­ła w kom­bi­na­cie, czy nie? 

Jeśli była­by szan­sa na wła­sne miesz­ka­nie, to na pew­no bym pra­co­wa­ła. Zwłasz­cza, że na suw­ni­cy mia­łam napraw­dę dobre zarobki. 

W któ­rym roku dosta­li­ście mieszkanie?

W 80. Pamię­tam, że dłu­go musie­li­śmy jesz­cze „polo­wać” na meble, bo w skle­pach nic nie było. Wszyst­ko musie­li­śmy wystać. Dla mło­dych ludzi, to jest dzi­siaj abs­trak­cja. Moż­na kupić co się tyl­ko chce i gdzie się tyl­ko chce, jak są pieniądze. 

A co naj­trud­niej było wte­dy zdobyć?

Przede wszyst­kim jedze­nie. Naj­gor­sze jak się doszło do lady, a już nic nie było.

Na szczę­ście mój mąż był na tyle obrot­ny, że jak jeź­dzi­li do rodzi­ny na wieś, to zawsze się świ­nia­ka gdzieś zabi­ło, cie­la­ka czy kurę. Zdo­by­ło się jakieś warzy­wa, a potem trze­ba to było w mia­rę bez­piecz­nie prze­wieźć. Każ­dy musiał kom­bi­no­wać, żeby prze­żyć. W tam­tych cza­sach naj­szczę­śliw­sze były chy­ba dzie­ci, któ­re mia­ły wol­ność. Mogły ganiać i bawić się, ile chcia­ły. Nie musia­ły sie­dzieć w domu, tak jak teraz. Nowa Huta tej swo­bo­dzie sprzyjała.

A myśla­ła Pani o tym, żeby się kie­dyś prze­nieść do Krakowa?

Kra­ko­wa nie znoszę!

Dla­cze­go?

Tłok mnie prze­ra­ża, a tam jest wszę­dzie cia­sno. Kra­ków jest pięk­ny, war­to tam poje­chać na spa­cer albo na zwie­dza­nie, ale do życia się za bar­dzo nie nada­je. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­ja­zna jest Nowa Huta. Tu jest czym oddychać. 

Pani dzie­ci zosta­ły w Hucie, czy się roz­je­cha­ły po Pol­sce albo po świecie?

Jeden syn miesz­ka na Azo­rach, dru­gi w Hucie, a trze­ci nie­ste­ty miał wypa­dek i już nie żyje. 

Pani Marian­no, jak się Pani dowie­dzia­ła, że wyga­sza­ją ten wiel­ki piec w kom­bi­na­cie parę lat temu, to jakoś to Panią obeszło?

Od daw­na tam nie pra­co­wa­łam więc mnie to jakoś bar­dzo nie dotknę­ło, ale żal mi tych wszyst­kich ludzi i ich rodzin. Wiem, że część osób jeź­dzi teraz na Śląsk, ale to nie jest łatwa pra­ca. No i dłu­gie dojaz­dy. Huta była kie­dyś ogrom­nym zakła­dem pra­cy. Był czas, że pra­co­wa­ło w niej wię­cej osób, niż trze­ba. Dzi­siaj to już jest tyl­ko wspo­mnie­nie, z któ­rym trze­ba się będzie pogo­dzić, ale wia­do­mo, że ci, któ­rych to bez­po­śred­nio doty­czy odczu­ją to wszyst­ko bardziej. 


Krzysz­tof Górny

Wsta­ję do pra­cy o dru­giej trzydzieści

Mał­go­rza­ta Wach: Panie Krzysz­to­fie od jak daw­na Pan pra­cu­je w kombinacie? 

Prze­pra­co­wa­łem w kom­bi­na­cie 47 lat. Do eme­ry­tu­ry bra­ku­je mi 2,5 roku. Nie przy­słu­gu­je mi skró­ce­nie tego cza­su za pra­cę w szcze­gól­nych warun­kach, bo nie w każ­dej spół­ce, któ­ra pod­le­ga­ła kom­bi­na­to­wi to było liczo­ne. Ana­li­zo­wa­łem to z praw­ni­kiem, ale nic z tego. Muszę jesz­cze te 2,5 roku jakoś wytrzymać.

W kok­sow­ni byłem nie­mal do koń­ca. Zosta­li już tyl­ko ener­ge­ty­cy i utrzy­ma­nie ruchu. Mia­łem nadzie­ję, że mnie też zosta­wią, ale nic z tego. Mam 62 lata, całe życie cięż­ko pra­co­wa­łem, więc zdro­wie już nie to. W miej­scu, w któ­rym pra­cu­ję teraz na każ­dym kro­ku trze­ba uwa­żać i – jak to się mówi – mieć oczy „dooko­ła gło­wy”, bo jest o wie­le bar­dziej nie­bez­piecz­nie niż w koksowni. 

Nie cho­dzi o BHP, bo ono jest na naj­wyż­szym pozio­mie, tyl­ko o to, że to jest zupeł­nie inne sta­no­wi­sko pra­cy. W bez­po­śred­nim sąsiedz­twie wiel­kie­go pieca.

Jaka jest Pana obec­na sytuacja? 

W tej chwi­li jestem w okre­sie chro­nio­nym na tzw. S‑48.W umo­wie mam zastrze­żo­ne, że w przy­pad­ku likwi­da­cji moje­go miej­sca pra­cy, pra­co­daw­ca ma obo­wią­zek zapew­nić mi inne sta­no­wi­sko. No i zapew­nił. Od kil­ku mie­się­cy dojeż­dżam do Dąbro­wy Górniczej. 

Pro­szę opo­wie­dzieć, jak teraz wyglą­da Pana życie. 

Moż­na powie­dzieć, że pierw­sza zmia­na zaczy­na się u mnie o godz. 2.30 w nocy. Wte­dy wsta­ję, żeby naj­póź­niej o 3.10 wyje­chać z domu. Miesz­kam w Waw­rzeń­czy­cach nie­da­le­ko Brze­ska. Daw­niej, kie­dy jesz­cze pra­co­wa­łem w kom­bi­na­cie dojeż­dża­łem zwy­kle auto­bu­sem. Teraz, bez samo­cho­du nie dał­bym rady utrzy­mać tej pra­cy, bo żaden auto­bus o trze­ciej nad ranem nie jeź­dzi. To jest podstawa. 

O 4.00 spod głów­nej bra­my kom­bi­na­tu jedzie auto­bus do Dąbro­wy. Kil­ka minut może zacze­kać, ale dłu­żej na pew­no nie, bo ina­czej wszy­scy się spóź­nią. Pierw­sza zmia­na w hucie zaczy­na się o szó­stej. W tym cza­sie musi­my być już w stro­jach ochron­nych na swo­ich stanowiskach.

A jeśli coś się wyda­rzy na drodze?

Przez tyle lat pra­cy w hucie pozna­łem już wszyst­kie objaz­dy, ale jak było ryzy­ko, że czło­wiek nie zdą­ży, to się dzwo­ni­ło do maj­stra i dawa­ło znać. Teraz jest inna spra­wa i dodat­ko­wy stres. 

Zda­rzy­ło się, że Pan nie doje­chał na czas?

Na szczę­ście nie. Wła­śnie dla­te­go trze­ba zawsze wyje­chać wcześniej. 

A o któ­rej się Pan kła­dzie spać? 

Zwy­kle zaraz po wia­do­mo­ściach, czy­li koło godzi­ny 20.00. Wcze­śniej jem kola­cję. Jestem tak zmę­czo­ny, że zwy­kle bar­dzo szyb­ko zasy­piam. Wpa­dłem już w ten rytm. W podob­nej sytu­acji jest spo­ro innych chło­pa­ków. Nie­któ­rym bra­ku­je do eme­ry­tu­ry pięć lat, innym rok, dwa. 

Wyobra­żam sobie, że taka sytu­acja ma wpływ na życie rodzinne. 

Oczy­wi­ście. Naj­trud­niej jest, jak przy­cho­dzą świę­ta i czło­wiek chce być z rodzi­ną. Na szczę­ście w tym roku mogłem wziąć urlop i spę­dzić go w domu. 

Gdy­by kok­sow­nia nadal dzia­ła­ła, to na pew­no bym się z niej nie ruszył. Mia­łem dobry dojazd, no i nie było tych dodat­ko­wych czte­rech godzin, któ­re tra­cę, żeby doje­chać do Dąbro­wy, ale mam taką sytu­ację rodzin­ną, że muszę pra­co­wać. Miesz­kam na wsi. Nie mamy gospo­dar­ki. Żona zaj­mu­je się jesz­cze mat­ką, któ­ra zma­ga się z nie­peł­no­spraw­no­ścią, więc pie­nią­dze są nam bar­dzo potrzeb­ne. Poza tym, kto inny mnie przyj­mie do pra­cy dwa lata przed emeryturą? 

Ile Pan miał lat, kie­dy zaczął Pan pra­co­wać w Hucie? 

Dwa­dzie­ścia jeden. Byłem świe­żo po woj­sku. Był 1983 rok. 

O Hucie sły­sza­łem od ojca, któ­ry pra­co­wał tam od 1961 roku i wuj­ka. Ojciec pra­co­wał naj­pierw na Ślą­sku, ale go stam­tąd ścią­gnę­li do Nowej Huty i już tak został. Potem bar­dzo tego żało­wał, ale nie było już odwro­tu. Dla kom­bi­na­tu pra­co­wa­ło dużo zewnętrz­nych firm i na począt­ku zaczą­łem pra­co­wać w jed­nej z nich. Robi­li­śmy m.in. remon­ty. Lubi­łem to, bo od dziec­ka mnie cie­ka­wi­ło majsterkowanie. 

Kie­dy poja­wi­ła się pierw­sza infor­ma­cja o tym, że może sta­nąć wiel­ki piec, a potem kok­sow­nia, to wszy­scy byli­śmy bar­dzo zdzi­wie­ni, bo wiel­ki piec był świe­żo po remon­cie, a na kok­sow­nię mie­li­śmy zaku­pio­ne mate­ria­ły na remont.

Potem przy­szedł ten nie­szczę­sny covid. Piec sta­nął, sta­low­nia sta­nę­ła. Po covi­dzie wszyst­ko mia­ło ruszyć, ale nie ruszy­ło. Mit­tal zain­we­sto­wał milio­ny, w coś, co już nie wró­ci­ło do pracy.

Co wte­dy usłyszeliście? 

Mówio­no przede wszyst­kim o wzglę­dach eko­no­micz­nych i kry­zy­sie na ryn­ku sta­li, ale też o eko­lo­gii i o tym, że kom­bi­nat ma za wyso­kie para­me­try zanie­czysz­cze­nia. Jak sta­nął wiel­ki piec, to wszy­scy mówi­li, że Huta będzie się po woli zamy­kać. Nie ma pie­ca, nie ma huty. Jak widać się nie myliliśmy. 

Pana ojciec pra­co­wał do koń­ca życia w Hucie?

Odszedł z huty jak miał 53 lat, bo stan zdro­wia już mu nie pozwa­lał pra­co­wać. Tra­fił na ren­tę i na tej ren­cie doje­chał do eme­ry­tu­ry. Był na tej eme­ry­tu­rze zale­d­wie dwa mie­sią­ce, zaraz potem zmarł. 

Ojciec pocho­dził mój z gór. Na począt­ku tra­fił do pra­cy na Śląsk, a jak przy­szedł do Nowej Huty, to się od razu zaan­ga­żo­wał się w Soli­dar­ność. Nie muszę chy­ba mówić, że się to wła­dzy nie podo­ba­ło. Takich jak on się pozby­wa­no. Ta cała wal­ka i stres, też się na pew­no przy­słu­ży­ły jego zdrowiu. 

Mógł­by Pan po krót­ce opo­wie­dzieć na czym dzi­siaj pole­ga Pana praca? 

Naj­pro­ściej mówiąc zaj­mu­ję się utrzy­ma­niem pro­ce­su tech­no­lo­gicz­ne­go i wyta­pia­niem surów­ki w wiel­kim pie­cu. W Hucie Sen­dzi­mi­ra mówio­no o takich jak ja ener­ge­tyk, na Ślą­sku mówi się wodziacz. W prak­ty­ce, muszę obejść urzą­dze­nie dooko­ła i spraw­dzić, czy wszyst­kie węże pra­wi­dło­wo dzia­ła­ją i czy jest odpo­wied­nie chło­dze­nie pie­ca. Pro­ces tech­no­lo­gicz­ny odby­wa się non-stop, bo ta stal się cią­gle topi, więc trze­ba być sku­pio­nym na sto pro­cent. Co dwie godzi­ny jest spust surów­ki. Maj­ster wte­dy pyta jaka jest sytu­acja i trze­ba zdać raport. 

Jaka jest tem­pe­ra­tu­ra odczu­wal­na na Pana sta­no­wi­sku pracy? 

Oko­ło 32 stop­ni, ale to nie jest non stop. Mam czas, żeby się scho­dzić. To jest cięż­ka i wyma­ga­ją­ca pra­ca, ale idzie jesz­cze wytrzymać. 

Gdy­by mógł Pan prze­żyć życie jesz­cze raz, to wró­cił­by Pan do pra­cy w Hucie? 

Trud­ne pyta­nie. Myślę, że gdy­by mnie ojciec do tej huty nie ścią­gną, to bym wyje­chał gdzieś indziej, ale nie ma sen­su nad tym roz­my­ślać. Ojciec był z gór, a mama pocho­dzi­ła z Waw­rzeń­czyc i tutaj się osie­dli­li. Nowa Huta dawa­ła obiet­ni­ce dobrze płat­nej pra­cy i jakieś per­spek­ty­wy. Posta­wi­ła ten region na nogi. Tutaj, gdzie z żoną miesz­ka­my był kie­dyś zabór rosyj­ski. Jesz­cze w latach 70-tych była duża bie­da. Wie­le domów mia­ło strze­chy zamiast dachów. Wszyst­ko się zaczę­ło zmie­niać w latach 80. Kom­bi­nat też się tro­chę tym dobrym zmia­nom przy­słu­żył, zanim zaczął podupadać. 

W Hucie moż­na było się sta­rać o miesz­ka­nie. Nie myślał Pan o tym?

W cza­sach, kie­dy to było moż­li­we byłem jesz­cze kawa­le­rem i o miesz­ka­niu nie myśla­łem. Poza tym, posze­dłem do spół­ki, któ­ra dawa­ła lep­sze pie­nią­dze i lżej­szą pra­cę. Potem, żeby dostać miesz­ka­nie kaza­li się zapi­sy­wać do par­tii. Na każ­dym wydzia­le był komi­sarz par­tyj­ny, któ­ry pil­no­wał, żeby ci z par­tii mie­li lep­sze warun­ki. Jak się ktoś nie chciał zapi­sać, to nie miał pro­fi­tów. Każ­dy się musiał pil­no­wać, żeby cze­goś złe­go nie powie­dzieć o par­tii. Pamię­tam, jak zamor­do­wa­no księ­dza Popie­łusz­kę. Na sto­łów­ce jeden z chło­pa­ków, któ­ry miał na imię Kazek, powie­dział gło­śno, że to zro­bi­li komu­ni­ści. Jak tyl­ko z tej sto­łów­ki wyszedł, wzię­li go pod pachę do samo­cho­du i poje­cha­li do jego domu na prze­szu­ka­nie. To było pro­sty chło­pak, żaden wiel­ki opo­zy­cjo­ni­sta, powie­dział po pro­stu co myślał. Już wię­cej go na kom­bi­na­cie nie zoba­czy­li­śmy. Takie to były cza­sy. Kto wte­dy nie żył, tego nie zrozumie. 

Potem się oże­ni­łem, uro­dzi­ła się dwój­ka dzie­ci i posta­no­wi­li­śmy z żoną, że zosta­nie­my w tych Wawrzeńczycach. 

Te dojaz­dy na Śląsk Pana nie męczą?

Oczy­wi­ście, że męczą, ale nie ma innej rady. Naj­waż­niej­sze, że jest pra­ca. Jakoś do tej eme­ry­tu­ry wytrzy­mam. Mam nadzieję. 


Wła­dy­sław Kielian

Soli­dar­ność 80

Z Wła­dy­sła­wem Kie­lia­nem roz­ma­wia Mał­go­rza­ta Wach:

Część 1.

Część 2.


Janusz Kli­ma­szew­ski

Wiel­ki piec był ser­cem Huty

Prze­pra­co­wa­łem w Hucie 39 lat. W wie­ku 62 lat odsze­dłem na eme­ry­tu­rę pomo­sto­wą. W per­spek­ty­wie były dojaz­dy na Śląsk. Zrezygnowałem. 

Przy­szedł do Huty jako 22 – let­ni chło­pak, dokład­nie 1 lip­ca 1980 r. Skoń­czy­łem tech­ni­kum mecha­nicz­ne. Więk­szość cza­su prze­pra­co­wa­łem w sta­low­ni, w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie wiel­kie­go pie­ca. Pra­co­wa­łem na pro­duk­cji i cięż­kich suw­ni­cach. Zaj­mo­wa­łem się łado­wa­niem zło­mu i prze­wo­zem surów­ki do pie­ca. To była bar­dzo cięż­ka, fizycz­na pra­ca, któ­ra każ­de­go dnia wyma­ga­ła ogrom­nej kon­cen­tra­cji. W hali, w któ­rej pra­co­wa­łem łatwo było o wypa­dek. Musia­łem mieć uszy i oczy dooko­ła gło­wy. Jeź­dzi­ło tam mnó­stwo wóz­ków i innych urzą­dzeń. Suw­ni­ce łado­wa­ły złom do pie­ca. Huk był w oko­li­cach 70 decy­be­li. Pra­ca przez 8 godzin w spe­cjal­nym ska­fan­drze, heł­mie i osło­nach. Wyso­ka temperatura. 

Ale naj­bar­dziej uciąż­li­wa była pra­ca na zmia­ny, któ­re wyzna­cza­ją rytm życia hut­ni­ków. Wiel­ki piec pra­co­wał przez 24 godzi­ny bez prze­rwy, 365 dni w roku. Trzy zmia­ny w sys­te­mie 4‑brygadowym. Pra­ca w świę­ta i w Syl­we­stra. W domu cze­ka­ła na mnie żona i syn. 

Naj­bar­dziej zapa­mię­ta­łem świę­ta i sło­necz­ną pogo­dę latem. Pamię­tam jak w Syl­we­stra sze­dłem wie­czo­rem na noc­ną zmia­nę. Po dro­dze mija­łem gru­py ludzi w szam­pań­skich humo­rach, któ­rzy szli na impre­zy. Śmia­li się, śpie­wa­li, a ja wie­dzia­łem, że naj­bliż­sze 8 godzin spę­dzę przy wiel­kim pie­cu. Póź­niej sobie tłu­ma­czy­łem, że takich ludzi jak ja, jest w Pol­sce dużo wię­cej. Nie tyl­ko w hut­nic­twie. Prze­cież poli­cjan­ci, leka­rze i pie­lę­gniar­ki, też muszą iść w takie dni do pra­cy. Mają jesz­cze bar­dziej odpo­wie­dzial­ne zada­nia i się nie skar­żą. Z tymi myśla­mi było mi dużo lepiej, ale wia­do­mo, że w ser­cu czło­wiek doświad­czał smutku.

Za jeden ze swo­ich naj­więk­szych suk­ce­sów uwa­żam fakt, że – mimo cięż­kie­go życia – uda­ło mi się je spę­dzić z jed­ną żoną i wycho­wać wspa­nia­łe­go syna.

Czym było dla mnie wyga­sze­nie pie­ca? Naj­pierw nadzie­ją, że to jest tyl­ko na chwi­lę, że huta jesz­cze ruszy. W koń­cu wcze­śniej (przed remon­tem) też wyga­si­li piec, a w jego miej­sce poja­wił się nowy, któ­ry miał słu­żyć przez kolej­ne 20 lat. Tak się mówi­ło. Chcie­li­śmy w to wie­rzyć. Kie­dy się oka­za­ło, że wiel­ki piec już nie ruszy posta­no­wi­łem odejść. 

Wiel­ki piec, to było ser­ce Huty. Musiał pra­co­wać 24 h na dobę. Kie­dy sta­ną, życie w kom­bi­na­cie zaczę­ło zamie­rać. Naj­bar­dziej żal mi kole­gów, któ­rzy mają nie­wie­le ponad 50 lat, bo wie­dzą, że – w takim wie­ku – nie są na ryn­ku pra­cy atrak­cyj­ni. Nie za bar­dzo potra­fią też robić coś inne­go. Moż­li­wo­ści pra­cy w hut­nic­twie też nie jest w Pol­sce zbyt wie­le, a jeśli już, to naj­bli­żej na Ślą­sku, z czym wią­żą się cią­głe dojaz­dy i życie poza domem. Smut­na per­spek­ty­wa, ale wie­lu nie ma wyjścia. 


Jacek Kosiar­ski

Jestem tym, któ­ry przeżył

Mał­go­rza­ta Wach: Kok­sow­nia w Hucie im. Sen­dzi­mi­ra prze­szła już do historii. 

Jacek Kosiar­ski: 24 paź­dzier­ni­ka 2024 roku był ostat­nim dniem mojej pra­cy w tym miej­scu, któ­ra de fac­to prze­sta­ło już ist­nieć. W tej chwi­li pra­cu­je na wal­cow­ni, gdzie jestem bry­ga­dzi­stą. Wszyst­ko jest tutaj pod­po­rząd­ko­wa­ne 8‑godzinnemu cza­so­wi pra­cy. Pół godzi­ny na prze­rwę i wra­ca­my. Cykl jest reje­stro­wa­ny co do minu­ty. Kok­sow­nia zamknę­ła produkcję.

Co się sta­ło z ludźmi? 

Część prze­szła na eme­ry­tu­ry pomo­sto­we albo wzię­ła odpra­wy. Część dosta­ła pro­po­zy­cje pra­cy w Dąbro­wie Gór­ni­czej albo Świę­to­chło­wi­cach. Nie­licz­ni na wal­cow­ni w naszym kombinacie. 

Każ­dy z nas został zapro­szo­ny do HR i tam mu przed­sta­wio­no dal­sze warun­ki. Do Dąbro­wy jest 85 kilo­me­trów, do Świę­to­chło­wic 112 kilo­me­trów. Na począt­ku ludzie się prze­stra­szy­li tych kilo­me­trów i wybie­ra­li Dąbro­wę, ale oka­za­ło się, że ci, któ­rzy jeż­dżą do Świę­to­chło­wic będą w Kra­ko­wie szyb­ciej, bo jest auto­stra­da. Tak czy ina­czej, w obu przy­pad­kach te dojaz­dy są spo­rym wyzwa­niem. Zwłasz­cza na pierw­szą zmia­nę, któ­ra zaczy­na się tam o szó­stej. Wie­lu moich kole­gów tak pracuje. 

Pro­szę o tym opowiedzieć.

Auto­bus wyjeż­dża spod bra­my kom­bi­na­tu na pierw­szą zmia­nę o godz. 4.00. Jak ktoś miesz­ka bli­sko, to nie jest jakaś upior­na godzi­na, gorzej, kie­dy miesz­ka na dru­gim koń­cu mia­sta albo w ogó­le poza Kra­ko­wem. Wte­dy wsta­je do pra­cy w środ­ku nocy. Oso­by, któ­re jeż­dżą na Śląsk mają spe­cjal­ny doda­tek z tego tytu­łu, ok. 50–60 zł dzien­nie. Jeden z pra­cow­ni­ków prze­zna­cza te pie­nią­dze na tak­sów­kę, żeby przy­je­chać z dru­gie­go koń­ca mia­sta, bo nie ma samo­cho­du. Życie jest po pro­stu pod­po­rząd­ko­wa­ne pra­cy. Czło­wiek jest 8 godzin w pra­cy, plus 4 godzi­ny prze­jazd, to mamy już 12, a jak ktoś musi doje­chać pół godzi­ny czy godzi­nę, to się z tego robi 14, a – jak­by nie liczyć – każ­da doba ma 24 godzi­ny. No i trze­ba się jesz­cze kie­dyś prze­spać. A rodzina? 

Panu się uda­ło zostać w Krakowie.

Bar­dzo się z tego cie­szę. Nie wiem, czy dał­bym radę tak dojeż­dżać. Ale jak komuś do eme­ry­tu­ry został rok, dwa, trzy, to nie odej­dzie, bo kto go wte­dy przyjmie?

Od jak daw­na pra­cu­je Pan w kombinacie? 

Przy­sze­dłem do pra­cy w 1991 roku, dzię­ki moje­mu tacie, któ­ry pra­co­wał wte­dy na kok­sow­ni i bar­dzo mnie do tej pra­cy nama­wiał. Wte­dy na kom­bi­na­cie były dobre pie­nią­dze i pew­ne zatrud­nie­nie. Mia­łem 20 lat. 

Skoń­czy­łem w Łęgu zawo­dów­kę na kie­run­ku mecha­nik maszyn budow­la­nych. Zaraz po szko­le, pra­co­wa­łem przez dwa lata na żura­wiu wie­żo­wym. Póź­niej było woj­sko, a po nim od razu kom­bi­nat. To już 33 lata, z cze­go 32 na koksowni.

W 2020 roku na kok­sow­ni doszło do gło­śne­go wypad­ku, w któ­rym życie stra­cił jeden z pra­cow­ni­ków. Dru­gie­mu uda­ło się prze­żyć. Pan jest tym hut­ni­kiem, któ­ry ocalał. 

Byłem bry­ga­dzi­stą. Kie­dy zoba­czy­łem, że Grze­gorz – jeden z pra­cow­ni­ków z mojej zmia­ny zasłabł, intu­icyj­nie pobie­głem go rato­wać. Obaj zatru­li­śmy się dwu­tlen­kiem węgla. On nie­ste­ty nie prze­żył. Pod­czas całej histo­rii kom­bi­na­tu, nie było dru­gie­go takie­go wypad­ku. Ludzie mówi­li do mnie „Bóg cię ura­to­wał”, a ja pyta­łem „a co z Grzegorzem?”. 

Nie myślał Pan o tym, żeby wte­dy odejść z kombinatu?

Przez chwi­lę mia­łem takie myśli, żeby w ogó­le wyje­chać z Huty, ale dość szyb­ko z tych pomy­słów zrezygnowałem.

Nowa Huta, to całe moje życie. Wycho­wa­łem się na uli­cy Dąbrowsz­cza­ków, tuż przy koście­le Arka. Póź­niej wynaj­mo­wa­łem miesz­ka­nie na Osie­dlu Kolo­ro­wym, potem kupi­li­śmy z żoną gar­so­nie­rę na Kali­no­wym. Teraz miesz­ka­my na Zło­tej Jesie­ni. Kok­sow­nia była moim miej­scem pra­cy od ponad 30. Wszyst­kich tam zna­łem i – mimo wszyst­ko – bez­piecz­nie się tam czu­łem. Cho­ciaż pew­ne obra­zy wra­ca­ły… Trud­no nawet wytłu­ma­czyć, co się w takiej chwi­li prze­ży­wa. Dzi­siaj, to miej­sce prze­sta­je istnieć. 

Co Pan pomy­ślał, kie­dy w 2019 roku wyga­si­li wiel­ki piec?

Że to począ­tek koń­ca Huty jaką zna­my. Każ­dy, kto tutaj pra­co­wał myślał podob­nie. Oczy­wi­ście mie­li­śmy jesz­cze jakieś złud­ne nadzie­je, że jak Mit­tal wło­żył w ten piec tyle milio­nów, to ot tak go nie wyga­si. Myli­li­śmy się i to bar­dzo. Wszyscy!

W jaki spo­sób Pana ojciec tra­fił do kombinatu?

Ojciec pocho­dził z Nowej Słu­pi, koło Sta­ra­cho­wic. Do kom­bi­na­tu ścią­gnę­li go kole­dzy. Od razu poszedł na kok­sow­nię. Potem poznał mamę, dosta­li miesz­ka­nie i tak już w tej Nowej Hucie zosta­li, a ja z nimi. Odszedł na eme­ry­tu­rę w 2004 roku. Nie zdą­żył się nią nacie­szyć, bo dwa lata póź­niej zmarł na raka płuc. Cho­ro­ba zawodowa. 

Myśli Pan, że jest cho­ciaż cień szan­sy, że kom­bi­nat w Nowej Hucie się jesz­cze odrodzi?

Abso­lut­nie nie! Myślę, że spra­wa jest już prze­są­dzo­na. Na dzi­siaj, to już nie jest w ogó­le kom­bi­nat tyl­ko zakład prze­twór­czy. Zosta­ły tyl­ko dwie wal­cow­nie. Gorą­ca, jest jak kloc­ki lego, w każ­dej chwi­li moż­na ją prze­nieść w jakieś inne miej­sce. Z zim­ną może być pro­blem, bo ma fun­da­men­ty, któ­rych prze­nieść się nie da. Moż­na ją tyl­ko roze­brać, co pew­nie za jakiś czas się sta­nie. Nie mam co do tego złudzeń. 

W tej chwi­li pra­cu­ję w wal­cow­ni zim­nej. W sumie jest nas na zmia­nie jede­na­stu. Zmia­ny są od godzi­ny 6 do 14, od 14 do 22 i noc­ka od 22 do 6 i mię­dzy nimi jest prze­rwa 48 godzin. Może­my sobie dokład­nie wyli­czyć, czy zała­pie­my na Nowy Rok w domu, czy w pracy.

Cie­szę się, że roz­ma­wia­my, bo to ozna­cza, że ten kom­bi­nat jesz­cze kogoś, w ogó­le obcho­dzi. Mam wra­że­nie, że to nasze wyga­sza­nie prze­cho­dzi bez echa. W Nowej Hucie nie­wie­le kogo to już w ogó­le interesuje.

Dla­cze­go?

Szcze­rze mówiąc tro­chę trud­no jest mi to zro­zu­mieć. Pamię­tam, że kie­dy mie­li zamknąć wiel­ki piec pod kom­bi­na­tem zro­bi­ła się mani­fe­sta­cja. Ze Ślą­ska przy­je­cha­ło spo­ro gór­ni­ków, żeby nas wes­przeć. W pew­nym momen­cie jeden z nich wziął mikro­fon i powie­dział: „Ludzie, dla­cze­go was jest tutaj tak mało?! Gdzie są wasze żony i dzie­ci? Gdzie mat­ki i ojco­wie? Dla­cze­go nie wal­czą o wasze miej­sca pra­cy”. Strasz­nie przy­kro mi się wte­dy zro­bi­ło. Dotar­ło do mnie, że sko­ro w rodzi­nach nie ma zwy­kłej, ludz­kiej soli­dar­no­ści, to dla­cze­go obcych ludzi miał­by obcho­dzić nasz los? Podob­nie było pod­czas pro­te­stu poprze­dza­ją­ce­go zamknię­cie kok­sow­ni. Też przy­szła garst­ka ludzi. I tak to się wła­śnie odby­wa. W ciszy i bezradności. 

Zosta­ło mi sześć lat do eme­ry­tu­ry pomo­sto­wej. Jakoś przetrwam! 


Gra­ży­na Marszałek

Kom­bi­nat dawał tyl­ko tyle, ile czło­wiek umiał wziąć

Mał­go­rza­ta Wach: Czy może się Pani przedstawiać?

Nazy­wam się Gra­ży­na Mar­sza­łek, za dwa mie­sią­ce skoń­czę 90 lat. Jestem kra­ku­ską z dzia­da, pra­dzia­da. W 1952 roku skoń­czy­łam tech­ni­ku eko­no­micz­ne i zda­łam matu­rę. Wte­dy bar­dzo cięż­ko było w Kra­ko­wie o pra­cę. Posta­no­wi­łam, że pój­dę na stu­dia, na mate­ma­ty­kę, ale się nie dosta­łam. Uzna­łam, że za rok spró­bu­ję zno­wu. No ale w następ­nym roku się zako­cha­łam i stu­dia zeszły na dal­szy plan. 

Jak Pani tra­fi­ła do Nowej Huty? 

W 1952 roku usły­sza­łam, że jest moż­li­wość dosta­nia pra­cy w Hucie. Mia­łam wte­dy 19 lat. Przez trzy mie­sią­ce byłam w dzia­le zby­tu, potem poszłam do dzia­łu tech­nicz­ne­go i pra­co­wa­łam jako refe­rent do wyda­wa­nia fak­tur, to były takie zwy­kłe, admi­ni­stra­cyj­ne spra­wy. W 1954 roku wyszłam za mąż. 

Do Huty dojeż­dża­łam z Kra­ko­wa tram­wa­jem. Kie­dy uro­dzi­ła się cór­ka, rano wio­złam ją do mojej mamy, któ­ra miesz­ka­ła na Stra­do­miu, a potem od razu jecha­łam do Huty. Tram­wa­je były wte­dy strasz­nie prze­peł­nio­ne, jeź­dzi­ło się na tzw. „bana­na”, czło­wiek leżał na człowieku. 

Pamię­ta pani swo­ją pierw­szą wizy­tę w kombinacie? 

Pamię­tam dobrze twa­rze robot­ni­ków, któ­rych wte­dy mija­łam. Więk­szość z nich, to byli ludzie z oko­lic Kra­ko­wa albo przy­jezd­ni, któ­rzy się osie­dli­li w Nowej Hucie. Na moim wydzia­le z Kra­ko­wa byłam tyl­ko ja. W całym kom­bi­na­cie kobiet było wte­dy bar­dzo mało, wyjąt­kiem była admi­ni­stra­cja, gdzie w więk­szo­ści pra­co­wa­ły kobiety. 

O któ­rej pani musia­ła wsta­wać, żeby doje­chać do pracy?

O pią­tej rano. Mąż też wsta­wał wcze­śnie, bo pra­co­wał w Ska­wi­nie, z wykształ­ce­nia był budow­lań­cem. Miesz­ka­li­śmy wte­dy u teściów na ul. Reto­ry­ka. To było duże, 104 metro­we miesz­ka­nie, w któ­rym żyły trzy rodzi­ny. Mie­li­śmy tam z mężem osob­ny pokój. Miesz­ka­li­śmy w sta­rej kamie­ni­cy na czwar­tym pię­trze. Jak trze­ba było wyjść z wóz­kiem, to była cała wypra­wa, bo nie mie­li­śmy win­dy. Z Reto­ry­ka jecha­łam na Stra­dom do mojej mamy. Tam zosta­wia­łam cór­kę i dalej w tram­waj do kom­bi­na­tu. Na urlo­pie macie­rzyń­skim byłam zale­d­wie dwa mie­sią­ce, bo trze­ba było pra­co­wać. Kie­dy cór­ka poszła do szko­ły, zapi­sa­łam się na wie­czo­ro­we stu­dia na AGH i zosta­łam inży­nie­rem. Ogrom­na w tym była zasłu­ga mojej mamy, na któ­rą mogłam zawsze liczyć w opie­ce nad cór­ką. Bez niej, to nie było­by możliwe.

Cór­ka poszła w Pani śla­dy i zosta­ła inżynierem?

Nie. Ją od począt­ku inte­re­so­wa­ła medy­cy­na, zro­bi­ła spe­cja­li­za­cję z gine­ko­lo­gii. Prze­pra­co­wa­ła w Szpi­ta­lu Żerom­skie­go 40 lat.

Kie­dy zosta­ła Pani mat­ką, mia­ła Pani poczu­cie, że Huta dba o wasze rodzi­ny? Czu­li­ście się wte­dy zaopiekowani? 

W Nowej Hucie były żłob­ki, przed­szko­la i szko­ły. Dosta­wa­li­śmy pacz­ki na świę­ta, ale każ­da rodzi­na musia­ła sobie orga­ni­zo­wać życie sama. Dużym plu­sem na pew­no była moż­li­wość korzy­sta­nia z wcza­sów pra­cow­ni­czych. Jeź­dzi­li­śmy wte­dy do ośrod­ka nad morzem, były dodat­ki do pen­sji, więc z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy na pew­no pod tym wzglę­dem było dużo łatwiej. Zarob­ki też były cał­kiem dobre, zwłasz­cza na takim sta­no­wi­sku jak moje, ale nie było wol­no­ści, któ­rą może­my się dzi­siaj cie­szyć. Wła­dze komu­ni­stycz­ne chcia­ły wszyst­ko i wszyst­kich kon­tro­lo­wać. Dosko­na­le pamię­tam stan woj­ny i wal­kę o krzyż, i te wszyst­kie pro­te­sty z lat 60. 70. 80. Sama też dzia­ła­łam aktyw­nie w Solidarności. 

Rodzi­na była zado­wo­lo­na, kie­dy Pani poszła pra­co­wać do kombinatu? 

W latach 50. były duże anta­go­ni­zmy mię­dzy Nową Hutą, a Kra­ko­wem. Mia­łam kole­gę, któ­ry bar­dzo chciał zamie­nić miesz­ka­nie w Hucie na Kra­ków i nie było chęt­nych. Póź­niej było na odwrót, dużo ludzi się chcia­ło prze­nieść do Nowej Huty. Gdy­by mi lata póź­niej ktoś kazał się prze­nieść z Nowej Huty, do Kra­ko­wa, na pew­no bym odmówiła.

Dla­cze­go?

Kocham Kra­ków. Tam się uro­dzi­łam i wycho­wa­łam, razem z rodzi­ca­mi spę­dzi­łam oku­pa­cję, ale Nowa Huta, to zie­lo­ne mia­sto. Żywe! Nie ma takie­go zgieł­ku i ruchu, jak w Kra­ko­wie. Mamy sze­ro­kie uli­ce i chod­ni­ki przez któ­re nie trze­ba się prze­ci­skać. Mie­li­śmy z rodzi­ca­mi miesz­ka­nie na Stra­do­miu, od czwar­tej rano pod naszy­mi okna­mi dud­ni­ły tram­wa­je. Z cza­sem czło­wiek się już do tego przy­zwy­cza­ił, ale kie­dy się prze­nio­słam do Nowej Huty, to był inny świat, cisza i zie­leń. W koń­cu mogłam odpocząć. 

Gdy­by mogła dru­gi raz prze­żyć życie, to poszła­by Pani do tego kom­bi­na­tu pracować?

Trud­no powie­dzieć. Jako mło­da dziew­czy­na nie mia­łam wyj­ścia. Musia­łam szyb­ko iść do pra­cy. Mój ojciec był inwa­li­dą wojen­nym, w 1944 roku został cięż­ko ran­ny. W domu się nie prze­le­wa­ło, a mia­łam jesz­cze dwóch młod­szych braci. 

W1957 roku dosta­li­śmy z mężem miesz­ka­nie w Nowej Hucie na Osie­dlu Sło­necz­nym, w któ­rym miesz­ka­li­śmy do 2001 roku. Kie­dy wybuchł stan wojen­ny pra­co­wa­łam już w biu­rze pro­jek­tów na sta­no­wi­sku inży­nie­ra. W kom­bi­na­cie pra­co­wa­ło wte­dy 60 inży­nie­rów, wśród któ­rych były tyl­ko trzy kobie­ty. Z biu­ra pro­jek­tów, tra­fi­łam do wydzia­łu wyna­laz­ków, gdzie robi­li­śmy pla­ny ulep­szeń. Patrząc z per­spek­ty­wy cza­su wie­le kom­bi­na­to­wi zawdzię­czam, ale znacz­nie wię­cej sobie i rodzi­nie. Kom­bi­nat dawał tyl­ko tyle, ile czło­wiek umiał wziąć.

Co Pani pomy­śla­ła, kie­dy wyga­si­li wiel­ki piec?

Powiem szcze­rze, że po odej­ściu z kom­bi­na­tu już się za bar­dzo jego losa­mi nie inte­re­so­wa­łam. Emo­cjo­nal­nie też nie byłam z nim spe­cjal­nie zwią­za­na. To było po pro­stu miej­sce pra­cy, ale wyobra­żam sobie, że dla wie­lu ludzi z Nowej Huty to mógł być dra­mat i tak po ludz­ku im współ­czu­ję. Zwłasz­cza tym, któ­rzy tam prze­pra­co­wa­li więk­szość życia. Bywa­ło prze­cież, że pra­co­wa­ły tam całe rodzi­ny. Praw­da jest jed­nak taka, że huty, któ­rą pamię­tam już daw­no nie ma. Nie ma też ludzi, któ­rzy widzie­li jej roz­wój. Może to będzie dla nie­któ­rych przy­kre, ale jest zamknię­ty roz­dział tego miasta. 


Tomasz Maru­szew­ski

Przy­szło­ścią hut­nic­twa jest mój syn

Pra­co­wa­łem w Kom­bi­na­cie 32 lata. Przy­je­cha­łem do nie­go ze Ślą­ska, gdzie prze­pra­co­wa­łem pięć lat w kopal­ni. Do koń­ca życia pra­co­wał tam mój ojciec, któ­ry przy­pła­cił to rakiem płuc. Nie palił papie­ro­sów. Ja też mam pro­ble­my z płu­ca­mi. Mam nadzie­ję, że nie zakoń­czą się przed­wcze­śnie tym, co naj­gor­sze. W sumie mało się o tych szko­dli­wych warun­kach pra­cy w hucie mówi. Wie­lu z nas odcho­dzi na eme­ry­tu­rę przede wszyst­kim po to, żeby się leczyć. Tyl­ko nie­któ­rzy mają szczę­ście, żeby doje­chać do koń­ca życia w dobrym zdro­wiu. To jest cięż­ka, fizycz­na pra­ca, któ­ra wynisz­cza, a jak jesz­cze ktoś miał wcze­śniej przy­go­dy z alko­ho­lem, to wynisz­cza podwój­nie. W moim przy­pad­ku roz­pa­dła się rów­nież rodzina. 

Czym było dla mnie wyga­sza­nie wiel­kie­go pie­ca w kom­bi­na­cie? Zamknię­ciem pew­ne­go roz­dzia­łu w życiu. Likwi­da­cja kok­sow­ni? Przy­pie­czę­to­wa­niem eme­ry­tu­ry. Mia­łem to szczę­ście, że mogłem na nią odejść. Nie wszy­scy moi kole­dzy je mie­li. Na począt­ku mie­li­śmy nadzie­ję, że to wszyst­ko jest tyl­ko chwi­lo­we, że zaraz wej­dą jakieś nowe tech­no­lo­gie, któ­re nam uspraw­nią pra­cę i jakoś wszy­scy doje­dzie­my do eme­ry­tu­ry. W każ­dym razie tak się pocie­sza­li­śmy, ale Mit­tal to nie skarb pań­stwa. Liczy się zysk. Nie ma zysku, nie ma sen­su utrzy­my­wać zakła­du. To w sumie dość logicz­ne. A ludzie? Jak będzie trze­ba przyj­dą nowi. Na szczę­ście mło­de poko­le­nie jest inne. Pra­co­daw­cy bar­dziej o nich dba­ją, bo wie­dzą, że w każ­dej chwi­li mogą odejść. Wie­lu z nich nie ma rodzin, więc nic ich tak kur­czo­wo nie trzy­ma. Kil­ka lat pra­cu­ją tutaj, a zaraz idą gdzie indziej, jak tyl­ko ktoś im lepiej zapła­ci. Jak mówię chło­pa­kom z poko­le­nia moje­go syna, że prze­pra­co­wa­łem w jed­nym zakła­dzie 32 lata, to się śmie­ją, że tyle to w jed­nym miej­scu nie pra­co­wa­li nawet nie­wol­ni­cy. Może coś w tym jest? Ale kie­dy czło­wiek ma na kar­ku rodzi­nę i kre­dyt, ina­czej patrzy na życie. 

Kie­dy zaczy­na­łem pra­cę w latach 80. były inne cza­sy. Po zawo­dów­ce posze­dłem zaocz­nie do tech­ni­kum. Bar­dzo chcia­łem iść na stu­dia, ale rodzi­ców nie było na to stać. Musia­łem od razu iść do kopal­ni. Potem do Huty. Cie­szę się, że mój syn nie będzie musiał pra­co­wać tak cięż­ko. Skoń­czył stu­dia infor­ma­tycz­ne, więc dobrze zara­bia i to jest rzecz, któ­ra na dzi­siaj mnie naj­bar­dziej cieszy. 

Jak widzę przy­szłość Hut­nic­twa? Myślę, że przy­szło­ścią jest wła­śnie mój syn. Tacy ludzie jak on, będą pro­jek­to­wać maszy­ny i opro­gra­mo­wa­nia, któ­re zastą­pią cięż­ką, fizycz­ną pra­cę. Dzi­siaj liczy się zysk i opty­ma­li­za­cja. Trud­no mieć pre­ten­sję do świa­ta, że tak szyb­ko się zmie­nia. Gdy­bym mógł jesz­cze raz prze­żyć życie, to chciał­bym je prze­żyć wła­śnie w tym cza­sie. Mło­dzi ludzie są dzi­siaj o wie­le bar­dziej świa­do­mi i na pew­no wię­cej im wol­no. Tam, gdzie ja mogłem tyl­ko marzyć, mój syn może żyć i się rozwijać. 


Jan Miko­łaj­czyk

Roz­go­ni­li nas jak szczu­ry z okrętu

Prze­pra­co­wa­łem w Nowej Hucie 33 lata. Zaczy­na­łem od pra­cy w wal­cow­ni, potem prze­sze­dłem na sta­low­nię, w któ­rej był wiel­ki piec. Przed 1998 r. ze sta­low­ni odcho­dzi­ło się na eme­ry­tu­rę w wie­ku 55 lat, ze wzglę­du na szko­dli­we warun­ki pra­cy. Teraz moż­na przejść jedy­nie na eme­ry­tu­rę pomo­sto­wą, jeśli leka­rze stwier­dzą brak zdol­no­ści do pracy. 

Przez lata pra­co­wa­łem bez­po­śred­nio przy sta­pia­niu sta­li. Tem­pe­ra­tu­ra w pie­cu wyno­si­ła ok. 1500 stop­ni, tem­pe­ra odczu­wal­na się­ga­ła nawet 60 stop­ni. Do tego docho­dzi­ła koszu­la fla­ne­lo­wa, płaszcz ochron­ny (red. hut­ni­cy nazy­wa­ją go „sre­ber­kiem”), hełm, ręka­wi­ce i oku­la­ry. Na nogach trze­ba było nosić spe­cjal­ne buty, któ­rych gorą­ca stal nie jest w sta­nie uszko­dzi. Zda­rza się, że jakaś kro­pla sta­li pole­ci pod nogi, bez ochro­ny czło­wiek do koń­ca życia nosił­by w sto­pie dziu­rę. Daw­niej hut­ni­cy nakła­da­li drew­nia­ki, któ­re nie zawsze były w sta­nie ich ochronić. 

Hala sta­low­ni była tak gigan­tycz­na, że mija­ły się w niej dwa pocią­gi. Jeden wwo­ził surów­kę, a dru­gi złom. Z jed­nej stro­ny mia­łem 60 stop­ni, z dru­giej cią­gle otwar­te drzwi do hali, któ­re powo­do­wa­ły prze­cią­gi. Latem, kie­dy był upał, te otwar­te drzwi wzma­ga­ły odczu­wal­ną tem­pe­ra­tu­rę w hali. Wte­dy, co 15–30 minut, wcho­dzi­łem do kli­ma­ty­zo­wa­ne­go pomiesz­cze­nia, potem wra­ca­łem na sta­no­wi­sko pra­cy i tak w kół­ko. Zimą z jed­nej stro­ny był żar, z dru­giej mróz, co spra­wia­ło, że wie­lu hut­ni­ków czę­sto cho­ro­wa­ło na gardło. 

Daw­niej hut­ni­cy cie­szy­li się w Nowej Hucie sza­cun­kiem. Kie­dy któ­ryś odcho­dził na eme­ry­tu­rę, to inni czu­li przed nim respekt, bo prze­pra­co­wał w kom­bi­na­cie tyle lat i dał radę. „A nas, roz­go­ni­li jak szczu­ry z okrętu”. 

Z roku na rok było coraz cię­żej, bo zwal­nia­no kolej­nych ludzi, a pra­cy było pra­wie tyle samo. Naj­gor­sze były noc­ki. Pra­co­wa­łem przy kadzi, któ­ra wyta­pia­ła stal. W sumie w tym „garze”, było 150 ton sta­li, a sama kadź waży­ła ok. 200–220 ton. Na Hucie pra­co­wa­ła też moja żona, w dzia­le, któ­ry zaj­mo­wał się wyży­wie­niem. Razem wycho­wa­li­śmy czwór­kę dzieci.

Zanim tra­fi­łem do Huty, pra­co­wa­łem w kopal­ni na Ślą­sku. Trud­no mi oce­nić, któ­ra pra­ca jest cięż­sza. Pod zie­mią jest cia­sno i ciem­no, w hucie była gigan­tycz­na prze­strzeń, w jed­nym i w dru­gim przy­pad­ku to była cięż­ka, fizycz­na pra­ca. Jako mło­dy chło­pak myśla­łem, że na kopal­ni pra­cu­ją tyl­ko „praw­dzi­wi męż­czyź­ni”, tacy, któ­rzy mają „parę w rękach” i potra­fią z pra­cy tych rąk utrzy­mać rodzi­nę. W sumie, w taki cięż­kich warun­kach prze­pra­co­wa­łem 40 lat. 

Nie­dłu­go po tym, jak sta­ną wiel­ki piec mia­łem zawał ser­ca. Żar­tu­ję cza­sem, że ser­ce Huty sta­nę­ło, bo tak wła­śnie nazy­wa­li­śmy wiel­ki piec i moje ser­ce też pra­wie sta­nę­ło. To chy­ba naj­lep­szy komen­tarz do tego, jak prze­ży­łam to wyga­sze­nie. Huty, któ­rą zna­li­śmy już nie ma. 


Zbi­gniew Pawłowski

Wyga­sza­nie

Ze Zbi­gnie­wem Paw­łow­skim roz­ma­wia Mał­go­rza­ta Wach:


Krzysz­tof Pociecha

Kok­sow­nia

Ze Krzysz­to­fem Pocie­chą roz­ma­wia Mał­go­rza­ta Wach:


Kolek­cja „Mia­sto ide­al­ne” pocho­dzi ze zbio­rów Fun­da­cji Ima­go Mun­di i sta­no­wi roz­wi­nię­cie dzia­łań, zmie­rza­ją­cych do zapew­nie­nia sta­łe­go dostę­pu do foto­gra­fii Hen­ry­ka Maka­re­wi­cza (1917–1984) i Wik­to­ra Pen­ta­la (1920–2013), sta­no­wią­cych jedy­ny tak obszer­ny i wie­lo­płasz­czy­zno­wy zapis powsta­wa­nia i ewo­lu­cji Nowej Huty.

Pro­jekt dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Muzeum Histo­rii Pol­ski – w pro­gra­mie Patrio­tyzm Jutra 2024.

Foto­gra­fia: Hen­ryk Maka­re­wicz, Kok­sow­nia w Hucie im. Leni­na, ca 1960 / Kolek­cja Fun­da­cji Ima­go Mundi

#newsletter
Bądź na bieżąco