Znów zanu­rzyć się w Hucie

31 paź­dzier­ni­ka na sce­nie Teatru Łaź­nia Nowa w Kra­ko­wie, odbę­dzie się pokaz spek­ta­klu „Nurt”, opo­wia­da­ją­ce­go histo­rię pierw­sze­go, nowo­huc­kie­go teatru – Nurt. Autor­ką sce­na­riu­sza jest Elż­bie­ta Łap­czyń­ska, autor­ka gło­śne­go „Bestia­riu­sza Nowo­huc­kie­go”. Zachę­ca­my do lek­tu­ry roz­mo­wy z Mał­go­rza­tą Szy­dłow­ską, reży­ser­ką spek­ta­klu, któ­ra od 20 lat eks­plo­ru­je histo­rie zwią­za­ne z Nową Hutą. 

Mał­go­rza­ta Wach: „Trud­no zacząć. Trze­ba zno­wu wejść w Hutę. Już zapo­mnia­łem o tym bło­cie” – mówi na począt­ku spek­ta­klu Jan Kur­czab, twór­ca Teatru Nurt. Bło­to gra w „Nur­cie” jed­ną z pierw­szo­pla­no­wych „ról”.

Mał­go­rza­ta Szy­dłow­ska: Bło­to jest ele­men­tem, któ­ry uru­cha­mia pamięć boha­te­rów spek­ta­klu. Sta­je się pew­ne­go rodza­ju mate­rią cza­su, któ­ra pozwa­la nam się prze­miesz­czać, nie tyl­ko po teraź­niej­szo­ści, ale rów­nież w prze­szłość i przy­szłość. Popa­trzeć na nie z róż­nych per­spek­tyw. Sama struk­tu­ra dra­ma­tu nie jest line­ar­na, podob­nie jak nie­li­ne­ar­ne są nasze wspo­mnie­nia. Gra­ni­ce mię­dzy tym, co było, jest i będzie zosta­ją pod­czas tego spek­ta­klu zatar­te. Tkwi­my w tej opo­wie­ści jak w pułap­ce cza­su, któ­rą ogra­ni­cza­ją ścia­ny teatral­ne­go „bara­ku”, teatr w teatrze. Teatrze pamięci.

Zatar­ta zosta­nie rów­nież gra­ni­ca mię­dzy publicz­no­ścią a widow­nią. Podob­nie jak w wie­lu innych spek­ta­klach, do któ­rych przy­go­to­wy­wa­łaś scenografię.

W „Nur­cie” sta­ram się iść krok dalej. Akto­rzy nie mają za ple­ca­mi ścia­ny, któ­ra daje w teatrze poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Z obu stron ota­cza ich publicz­ność, któ­ra widzi sie­bie nie­mal w lustrza­nym odbiciu.

Dla­cze­go zde­cy­do­wa­łaś się na taki zabieg?

Myślę, że taka sytu­acja była waż­nym ele­men­tem doświad­cze­nia same­go Nur­tu, któ­ry był sta­le obser­wo­wa­ny i wysta­wia­ny na oce­nę innych. Mam na myśli nie tyl­ko widzów, ale tak­że cały apa­rat wła­dzy na róż­nych szcze­blach i twór­ców z Kra­ko­wa, któ­rzy w spo­sób wyż­szo­ścio­wy patrzy­li na ten nowo­huc­ki „teatrzyk” zato­pio­ny w bło­cie i ludzi, któ­rzy z ogrom­nym wysił­kiem go budo­wa­li wła­sny­mi rękami.

W pew­nym momen­cie spek­ta­klu poja­wia się dele­ga­cja arty­stów jed­ne­go z kra­kow­skich teatrów, któ­rzy kry­ty­ku­ją bez­względ­nie i na głos to, co widzą na sce­nie. Kur­czab pró­bu­je z nimi polemizować.

W rze­czy­wi­sto­ści nie docho­dzi do żad­ne­go dia­lo­gu. Zosta­je wyłącz­nie pró­ba cał­ko­wi­te­go zdys­kwa­li­fi­ko­wa­nia dzia­ła­nia arty­stycz­ne­go i wysił­ku akto­rów. Ta sce­na w jakiś spo­sób rezo­nu­je z tym, z czym przez lata zma­ga­li­śmy się z Bar­to­szem, two­rząc nasz teatr w Nowej Hucie.

To zna­czy?

Bez wzglę­du na to, jaki byśmy spek­takl zro­bi­li i jak wybit­nych akto­rów do nie­go zapro­si­li, to przez pierw­sze 10 lat pra­cy Łaź­ni sły­sze­li­śmy, że to jest sce­na off, czy­li tak napraw­dę nie do koń­ca teatr. W każ­dym razie na pew­no teatr poza głów­nym nur­tem, wła­śnie! Od począt­ku gra­li też u nas akto­rzy-ama­to­rzy, co nie spo­ty­ka­ło się ze zrozumieniem.

Może takie podej­ście wzię­ło się z miejsc, w któ­rych two­rzy­li­ście Łaź­nię? Naj­pierw w prze­strze­ni daw­nej Mykwy na ul. Pau­liń­skiej, póź­niej w hali opusz­czo­nych warsz­ta­tów Szkół Mechanicznych.

Miej­sca, któ­re wybie­ra­li­śmy, były trud­ne z róż­nych powo­dów, ale dzię­ki temu były rów­nież nie­zwy­kle inspi­ru­ją­ce. Myślę, że podob­nie było w przy­pad­ku bara­ku, w któ­rym powstał Nurt. Taka prze­strzeń mia­ła swo­je ogra­ni­cze­nia, ale rów­no­cze­śnie dawa­ła jakiś poten­cjał moż­li­wo­ści. Myśle­nie o teatrze w kate­go­rii budyn­ku jest – moim zda­niem – jakąś aber­ra­cją. Teatr moż­na two­rzyć wszę­dzie. Nie­za­leż­nie od warunków.

Dla­cze­go zde­cy­do­wa­łaś się zająć nie tyl­ko sce­no­gra­fią, ale rów­nież reży­se­rią tego spektaklu?

Jed­nym z głów­nych powo­dów – oprócz samej histo­rii, któ­ra jest mi nie­zwy­kle bli­ska – stał się dom z wido­kiem na Nurt, a kon­kret­nie Dom Uto­pii, z któ­re­go od trzech lat obser­wu­ję za oknem miej­sce, w któ­rym stał teatral­ny barak. Dzi­siaj jest tam boisko, na któ­rym chłop­cy gra­ją w pił­kę. Kie­dy ich widzę, mimo­wol­nie myślę o Kur­cza­bie, któ­ry mówi: „zobacz, tutaj kie­dyś stał nasz teatral­ny barak”. Kie­dy uświa­do­mi­łam sobie tę powta­rza­ją­cą się myśl, poczu­łam, że chcia­ła­bym tę histo­rię opo­wie­dzieć z wła­snej per­spek­ty­wy, takie­go budzą­ce­go się instynk­tu, któ­ry spra­wił, że w ogó­le zaan­ga­żo­wa­łam się w teatr.

Dla­cze­go Two­im zda­niem w teatr zaan­ga­żo­wał się Kur­czab i ama­to­rzy, z któ­rych więk­szość sta­no­wi­li robot­ni­cy budu­ją­cy Nową Hutę?

W teatrze ogrom­ną siłę daje to, że moż­na – cho­ciaż na chwi­lę – porzu­cić swo­ją toż­sa­mość. Wejść w buty zupeł­nie innej posta­ci. Myśleć jej myśla­mi, żyć jej emo­cja­mi. To jest bar­dzo oczysz­cza­ją­ce i w jakiś spo­sób tera­peu­tycz­ne doświad­cze­nie. Może teatr był dla nich uciecz­ką od wojen­nej trau­my. Two­rząc spek­ta­kle, mogli uwol­nić się od cięż­kie­go baga­żu wspo­mnień. Żyć życiem, któ­re w real­nym świe­cie nie było dla nich dostęp­ne, a na koniec dostać za to nowe „wcie­le­nie” bra­wa. To nazna­cze­nie wojen­ną trau­mą poja­wia się w naszym spek­ta­klu m.in. za spra­wą Basi. Kie­dy wyda­je się, że histo­ria nie­sie naszych boha­te­rów, jest kolo­ro­wo, a wręcz sie­lan­ko­wo, Basia tę sie­lan­kę zabu­rza, mówiąc lub robiąc coś, co ich z tej rado­ści wytrąca.

Ta sama Basia mówi: „Ja się w pamię­ci nie taplam”, ale Wy ją do tego „tapla­nia” wspól­nie z Elą Łap­czyń­ską, autor­ką sce­na­riu­sza, jed­nak przy­mu­sza­cie. Podob­nie jak pozo­sta­łych boha­te­rów sztuki.

Pro­ces „odpa­mię­ty­wa­nia” budu­je tę histo­rię i poma­ga nam się swo­bod­nie poru­szać w cza­sie. Taka podróż ma jed­nak swo­je kon­se­kwen­cje, bo może nas zawieźć w rejo­ny, o któ­rych bar­dzo sta­ra­li­śmy się zapomnieć.

Na sce­nie zoba­czy­my m.in. frag­men­ty „Mar­twych dusz” Gogo­la. Skąd taki pomysł?

„Mar­twe dusze” były jed­nym ze spek­ta­kli wysta­wia­nych przez Nurt. Kur­czab był jed­nym z auto­rów adap­ta­cji tej sztu­ki. Tytu­ło­wy­mi „mar­twy­mi dusza­mi” w przy­pad­ku Nur­tu są dla mnie robot­ni­cy, do któ­rych poszedł, żeby two­rzyć teatr. To wspól­ne dzia­ła­nie tchnę­ło w nich nowe życie. Pozwo­li­ło odzy­skać spraw­czość i w jakimś stop­niu ule­czyć nazna­czo­ne przez woj­nę dusze. W tym rów­nież duszę same­go Kurczaba.

W rze­czy­wi­sto­ści nazy­wał się Arnold Ziment­stark i był Żydem. Nazwi­sko Kur­czab otrzy­mał, kie­dy uda­ło mu się zdo­być w cza­sie woj­ny aryj­skie papie­ry. Po woj­nie posta­no­wił już przy tym nazwi­sku pozo­stać. Pod­czas woj­ny Niem­cy zamor­do­wa­li jego mat­kę i trzy sio­stry. Jemu jed­nak uda­ło się prze­żyć. Oca­la­ła też jego żona i córka.

Mam takie wewnętrz­ne prze­ko­na­nie, że gdy­by Kur­czab nie miał tak dra­ma­tycz­nych wojen­nych doświad­czeń, to ten teatr by po pro­stu nie powstał. Może to inten­syw­ne zaan­ga­żo­wa­nie w jakiś spo­sób poma­ga­ło mu odsu­nąć od sie­bie trau­mę woj­ny? A może była to rów­nież pró­ba obro­ny wobec rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra była tak trud­na spo­łecz­nie, poli­tycz­nie, histo­rycz­nie i eko­no­micz­nie. Nie­zwy­kle poru­sza­ją­ce jest dla mnie to, że zaczął two­rzyć Nurt, kie­dy wła­ści­wie już nie­wie­le widział. Trud­no mi sobie nawet wyobra­zić, jak dotkli­wa musia­ła być utra­ta wzro­ku dla czło­wie­ka, któ­ry zaj­mo­wał się lite­ra­tu­rą i teatrem. A on jesz­cze poko­ny­wał bli­sko 10 kilo­me­trów z Kra­ko­wa do Nowej Huty, w bło­cie, pyle, śnie­gu. Wska­ku­jąc do tram­wa­ju albo cię­ża­rów­ki, a nie­jed­no­krot­nie idąc pie­szo. Zasta­na­wiam się, skąd on w ogó­le brał na to siłę?

Basia, o któ­rej wspo­mnia­łaś, mówi, że publicz­ność, któ­ra przy­cho­dzi­ła na spek­ta­kle, kocha­ła w niej życie, cho­ciaż ona tego życia już w sobie nie miała.

W tym sen­sie nasz spek­takl jest rów­nież opo­wie­ścią o sile lite­ra­tu­ry i teatru. Akto­rzy Nur­tu i sam Kur­czab od daw­na nie żyją, ale na kolej­nych stro­nach jego książ­ki pt. „Nurt. Opo­wieść o pew­nym teatrze”, na pod­sta­wie, któ­rej powstał sce­na­riusz, nadal się śmie­ją, kłó­cą i two­rzą. Nadal cze­ka­ją na nich kolej­ne role i moż­li­wo­ści. Od tej książ­ki zaczę­ła się nasza podróż w czasie.

Podróż w cza­sie zapew­ni­łaś rów­nież akto­rom, któ­rych zapro­si­łaś do współ­pra­cy przy spek­ta­klu. Z Han­ną Bie­lusz­ko, Bar­ba­rą Jonak, Jerzym Świa­tło­niem i Toma­szem Augu­sty­no­wi­czem spo­tka­łaś się po raz pierw­szy ponad 20 lat temu w Łaź­ni na Pau­liń­skiej, któ­rą stwo­rzy­łaś z Bartoszem.

Jurek, podob­nie jak Hania czy Basia, mie­li odwa­gę, żeby zerwać cho­ciaż na chwi­lę z insty­tu­cjo­nal­nym teatrem i wejść w prze­strzeń, któ­ra była trud­na pod każ­dym wzglę­dem, i wizu­al­nym, i fizycz­nym, i eko­no­micz­nym. Ścia­ny były pokry­te sta­ry­mi kafla­mi. Było bar­dzo zim­no i, mówiąc deli­kat­nie, ubo­go. A oni odwa­ży­li się pójść z nami w tę przy­go­dę i robić w takich warun­kach teatr. Publicz­ność zoba­czy też na sce­nie Domi­ni­ka Stro­kę, któ­ry od lat jest zwią­za­ny z Łaź­nią, Toma­sza Tale­rza­ka, któ­ry na co dzień pra­cu­je w Domu Uto­pii i akto­rów-ama­to­rów, któ­rych wyło­ni­li­śmy pod­czas castin­gu. W roli Zosi wystą­pi Agniesz­ka Fli­śnik, któ­rej dzia­dek budo­wał Nową Hutę. Lep­szej obsa­dy nie mogła­bym sobie wymarzyć.

Jak się czu­jesz z tym, że opo­wia­da­cie praw­dzi­wą historię?

Mam poczu­cie, że w jakiś tajem­ni­czy spo­sób wszy­scy zosta­li­śmy do tej histo­rii zapro­sze­ni. Kie­dy Jurek w imie­niu Kur­cza­ba mówi, że trze­ba będzie zno­wu wejść w to bło­to, sły­szę cię­żar tych słów, nie tyl­ko w kon­tek­ście histo­rii same­go Kur­cza­ba i Nur­tu, ale rów­nież w kon­tek­ście jego wła­snej histo­rii, jako akto­ra. Pyta­nie o Nurt jest w grun­cie rze­czy pyta­niem o teatr i o to, po co my w ogó­le ten teatr robi­my. Po co go robił Kur­czab i akto­rzy, któ­rzy zbu­do­wa­li barak?

Potra­fisz odpo­wie­dzieć na to pytanie?

W cią­gu 30 lat mojej pra­cy twór­czej wie­lo­krot­nie się nad tym zasta­na­wia­łam. I chy­ba żad­na z odpo­wie­dzi nie jest do koń­ca praw­dzi­wa. Wie­le razy mogłam się oso­bi­ście prze­ko­nać, jak nie­zwy­kle kru­chy w swo­jej isto­cie jest teatr i jak łatwo go znisz­czyć, kie­dy twór­cy chcą iść wła­sną dro­gą. Wła­śnie tak sta­ło się w przy­pad­ku Nur­tu. Po nie­speł­na 4 latach ta ogrom­na ener­gia zosta­ła wyga­szo­na, a barak roze­bra­ny. Wła­dza nie zapo­mnia­ła Kur­cza­bo­wi tego, że z nią swo­jej decy­zji nie skon­sul­to­wał, że odwa­żył się pły­nąć pod prąd.

Póź­niej przez lata pisał felie­to­ny do Dzien­ni­ka Pol­skie­go, w któ­rych poru­szał tema­ty spo­łecz­ne, bio­rąc w obro­nę m.in. ludzi z tzw. nizin. Anga­żo­wał się też w wie­le ini­cja­tyw spo­łecz­nych zwią­za­nych m.in. ze zdro­wiem psy­chicz­nym, opie­ką nad zwie­rzę­ta­mi itp.

Myślę, że Kur­czab był zara­żo­ny ideą bar­dzo uto­pij­ne­go, wspa­nia­łe­go świa­ta, do któ­re­go dążył i pró­bo­wał ten świat nakłu­wać. Z dru­giej stro­ny postrze­gam go jako kogoś, kto – mimo ogra­ni­czeń zwią­za­nych z utra­tą wzro­ku – musiał nie­ustan­nie być w ruchu. Może bał się, że kie­dy się w koń­cu zatrzy­ma, będzie musiał zaj­rzeć w głąb sie­bie? I wte­dy zno­wu trze­ba będzie zanu­rzyć się w bło­cie. Poczuć te wszyst­kie dźwię­ki, jęki, roz­pacz, stra­tę, sta­ra­nia, narze­ka­nia i trzask gwoź­dzi wbi­ja­nych w deski…

Dzię­ku­je­my cór­kom Jana Kur­cza­ba: Alek­san­drze Kur­czab-Pomia­now­skiej i Kry­sty­nie Kur­czab-Redlich, za udo­stęp­nie­nie nam archi­wal­nych foto­gra­fii, doku­men­tów, a tak­że oku­la­rów i faj­ki Jana Kur­cza­ba z któ­rych może­my korzy­stać pod­czas spek­ta­klu i pro­mo­cji projektu. 

Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Muzeum Histo­rii Pol­ski – w pro­gra­mie Patrio­tyzm Jutra 2024.

Fot. Mate­usz Skwarczek

#newsletter
Bądź na bieżąco