Ojciec pisał, bo chciał być zapamiętany

W naj­bliż­szy week­end tj. 28 i 29 czerw­ca w Teatrze Łaź­nia Nowa, odbę­dzie się ostat­ni set spek­ta­klu „Nurt” w tym sezo­nie. Zachę­ca­my do lek­tu­ry roz­mo­wy z Alek­san­drą Kur­czab-Pomia­now­ską, cór­ką Jana Kur­cza­ba, któ­ry jest boha­te­rem spek­ta­klu wyre­ży­se­ro­wa­ne­go przez Mał­go­rza­tę Szy­dłow­ską. Roz­mo­wę prze­pro­wa­dzi­ła Mał­go­rza­ta Wach.

Mał­go­rza­ta Wach: Gdy­by mia­ła Pani powie­dzieć o swo­im ojcu jed­ną rzecz, dzię­ki któ­rej zosta­nie zapa­mię­ta­ny, to co by Pani wybrała?

Alek­san­dra Kur­czab-Pomia­now­ska: Chcia­ła­bym, żeby pamię­ta­no, że mój ojciec był praw­dzi­wym pozy­ty­wi­stą. Uwa­żał, że powin­no się robić jak naj­wię­cej dla dobra wspól­ne­go. Pra­ca na rzecz innych ludzi dawa­ła mu poczu­cie sen­su, stąd jego zaan­ga­żo­wa­nie w Nurt, felie­to­ny w „Dzien­ni­ku Pol­skim” czy budo­wa Domu Spo­koj­nej Sta­ro­ści w Prokocimiu.

Nie moż­na jed­nak tego wszyst­kie­go zro­zu­mieć, nie zna­jąc jego dzie­ciń­stwa i tego, co prze­żył pod­czas wojny.

W takim razie od tego zacznij­my naszą rozmowę.

Ojciec wycho­wał się na ul. Ger­tru­dy w Kra­ko­wie. W miej­scu, w któ­rym dzi­siaj stoi hotel z wido­kiem na Wawel. Dzi­siaj jest to wyjąt­ko­wa oko­li­ca, ale tuż po pierw­szej woj­nie świa­to­wej to było zde­wa­sto­wa­ne miej­sce, po któ­rym bie­ga­li chłop­cy z żydow­skich rodzin. Wśród nich był rów­nież mój ojciec, któ­ry w rze­czy­wi­sto­ści nazy­wał się Arnold Ziment­stark. Nazwi­sko Jan Kur­czab zdo­był pod­czas woj­ny wraz z aryj­ski­mi papie­ra­mi. Po woj­nie już z mamą przy tym nazwi­sku zostali. 

Arnold, a raczej Alek, bo tak na nie­go mówio­no, uro­dził się w sute­re­nie. W domu nie było elek­trycz­no­ści. Dzia­dek zmarł, kie­dy ojciec był małym chłop­cem. Nie­wie­le o nim wiem. Podob­no był nauczy­cie­lem, któ­ry uczył dzie­ci hebraj­skich liter.

A mat­ka?

Zara­bia­ła na życie szy­ciem, o czym ojciec wspo­mi­na m.in. w książ­ce „Ulicz­ka świę­tej Ger­tru­dy”. W sute­re­nie, w któ­rej miesz­ka­li, nie było świa­tła, więc mogła pra­co­wać tyl­ko w cią­gu dnia albo przy lamp­ce naf­to­wej. Ojciec bar­dzo chciał się uczyć, ale z tego same­go powo­du jego moż­li­wo­ści były moc­no ogra­ni­czo­ne. Zna­lazł jed­nak na to spo­sób. Za oknem była latar­nia gazo­wa, więc wie­czo­ra­mi sia­dał tuż przy oknie i czy­tał. Ponie­waż świa­tła było nie­wie­le, jego wzrok zaczął się pogar­szać. Lata póź­niej odkle­iła mu się siat­ków­ka. Kie­dy zało­żył Teatr Nurt miał 36 diop­trii. Zmarł jako nie­wi­do­my człowiek.

Jak to się sta­ło, że tra­fił na stu­dia do Pragi?

Przed woj­ną na pol­skich uczel­niach byl nume­rus clau­sus, co ozna­cza­ło, że żydow­scy stu­den­ci musie­li stać na wykła­dach. Ojciec nie chciał się na to zgo­dzić. Zna­lazł stu­dia w Pra­dze, gdzie wybrał wydział che­mii i sie­dział w ław­ce, jak pozo­sta­li studenci.

Było go na te stu­dia stać?

Oczy­wi­ście, że nie. W domu były jesz­cze sio­stry, któ­re mat­ka musia­ła utrzy­mać. Żeby stu­dio­wać w Pra­dze, noca­mi mył tram­wa­je. Rano biegł na pocz­tę, gdzie pra­co­wa­ły miłe panie, któ­re czę­sto­wa­ły go her­ba­tą i kanap­ka­mi, i tam się przy­go­to­wy­wał do zajęć. Spał po wykła­dach i tak w kół­ko przez kil­ka lat.

Do Kra­ko­wa wró­cił jako inży­nier i dość szyb­ko stał się zamoż­nym czło­wie­kiem. Jeź­dził w tym cza­sie ze swo­im kole­gą – rów­nież che­mi­kiem – do Char­ko­wa i innych miast na Wscho­dzie, żeby pra­co­wać nad nową recep­tu­rą kau­czu­ku. Na szczę­ście, kie­dy wybu­chła woj­na, był z rodzi­ną w Krakowie.

Jakie były wojen­ne losy Pani rodziców?

Ponie­waż byli z mamą już dość zamoż­ny­mi ludź­mi, posia­da­li samo­chód. Posta­no­wi­li, że uciek­ną nim na Wschód, gdzie – z uwa­gi na pra­cę – ojciec miał licz­ne zna­jo­mo­ści. Spa­ko­wa­li co tyl­ko mogli i wyje­cha­li do Lwo­wa, zabie­ra­jąc ze sobą rodzi­ców mat­ki i – jak się potem oka­za­ło – rów­nież mnie, bo mama była w cią­ży. Kie­dy w 1941 roku Niem­cy wkro­czy­li do Lwo­wa, rodzi­ce musie­li zno­wu ucie­kać. Nie mogli już wró­cić do same­go Kra­ko­wa, bo sąsie­dzi wie­dzie­li, że są Żyda­mi, więc zaczę­li się ukry­wać pod Kra­ko­wem. W Słom­ni­kach ukry­wa­ła się mat­ka moje­go ojca – Per­la, z małym wnukiem.

Kie­dy bab­cia się dowie­dzia­ła, że przy­szłam na świat, popro­si­ła ojca, żeby mnie do niej przy­wiózł. Mama nie chcia­ła się na to zgo­dzić. Bała się, że już nie wró­ci­my. Nie­dłu­go potem bab­cia zosta­ła roz­strze­la­na na ryn­ku w Słom­ni­kach. Była prze­bra­na za wiej­ską kobie­tę, mia­ła na gło­wie chu­s­tę, któ­ra jej zasła­nia­ła twarz, ale zapo­mnia­ła, że wiej­ska kobie­ta nie wozi dziec­ka w ele­ganc­kim wóz­ku na wyso­kich kół­kach. Ktoś na nią doniósł. 

Już po woj­nie napi­sał zbiór opo­wia­dań pt. „Woj­na nie zabi­ja matek”, w któ­rym opi­sał to wyda­rze­nie. Może­my tam prze­czy­tać: „gdy uda­ło mi się wykraść mat­kę z get­ta, wie­dzia­łem już, że nie zamiesz­ka z nami, że umiesz­czę ją w mia­stecz­ku odda­lo­nym o 12 km od naszej wsi. Mat­ka była zbyt żydow­ska. W razie koniecz­no­ści przej­ścia na aryj­skie papie­ry, zgu­bi­ła­by nas swo­im wyglą­dem i akcentem”.

Nie potra­fię sobie nawet wyobra­zić tego, co musiał wte­dy czuć mój ojciec. Z jed­nej stro­ny zro­bił, co mógł, żeby rato­wać swo­ją mat­kę wycią­ga­jąc ją z get­ta, z dru­giej – wie­dział, że trzy­ma­jąc ją bli­sko, może nara­zić swo­ją żonę i córeczkę.

Takich dyle­ma­tów, o czym sam pisał, było wie­le. Jeśli Pani pozwo­li, przy­wo­łam jesz­cze jed­ną historię.

Bar­dzo proszę.

Ojciec uda­wał przed chło­pa­mi, u któ­rych miesz­ka­li­śmy, że pra­cu­je w Kra­ko­wie. Miał „dobry wygląd”, więc nie­któ­rzy pew­nie w to wie­rzy­li, a inni uda­wa­li, że wie­rzą. Wycho­dził codzien­nie rano, szedł kil­ka kilo­me­trów przez las, a póź­nym popo­łu­dniem wra­cał do mamy i do mnie. Pod­czas jed­nej z takich wędró­wek spo­tkał w lesie dwóch chłop­ców, w wie­ku oko­ło 7 i 10 lat, ubra­nych w żydow­skie cha­ła­ty z pej­sa­mi na gło­wie. Zapy­tał, dokąd idą, odpo­wie­dzie­li, że mama kaza­ła im iść do cio­ci do Kra­ko­wa. Ona sama zosta­ła nie­dłu­go potem zabi­ta, podob­nie jak ich ojciec. Tłu­ma­czy­li, że mają tyl­ko tę cio­cię, ale nie umie­li powie­dzieć, gdzie dokład­nie miesz­ka. Wie­dzie­li tyl­ko, że w Krakowie.

Ojciec sta­nął przed dyle­ma­tem moral­nym. Gdy­by poszedł z nimi do Kra­ko­wa, to razem z nimi został­by praw­do­po­dob­nie aresz­to­wa­ny i zabi­ty. Gdy­by zabrał ich do chło­pa, u któ­re­go miesz­ka­li­śmy, to ktoś mógł­by nas wydać. W efek­cie zgi­nę­ła­by zarów­no nasza rodzi­na, jak i rodzi­na, któ­ra nam dała schro­nie­nie. Co by Pani zro­bi­ła na jego miejscu?

Nie wiem.

To chy­ba jedy­na uczci­wa odpo­wiedź… Ojciec wybrał życie.

Nie było­by to jed­nak moż­li­we, gdy­by nie ludzie, któ­rzy nam wte­dy pomo­gli. Chcę w tym miej­scu przy­wo­łać nazwi­sko pani Win­cen­ty­ny Wój­cik i jej męża Walen­te­go Wój­ci­ka z miej­sco­wo­ści Bia­ły Kościół. To wła­śnie im rodzi­ce zawdzię­cza­li ken­kar­tę na nazwi­sko Jani­na i Jan Kur­czab, a tym samym szan­sę na życie. Po woj­nie mama posta­ra­ła się o sta­łą wpła­tę dla Pani Jani­ny z Ame­ri­can Jewish Joint Distri­bu­tion Com­mit­tee. Jej mąż nie prze­żył woj­ny, tra­fił do Auschwitz za pomoc Żydom. Byli­śmy jed­ny­mi z wie­lu, któ­rym pomógł.

Jan Kur­czab, fot. archi­wum Kry­sty­ny Kurczab-Redlich

Koniec woj­ny zastał Was w Nowym Sączu. Jak tam trafiliście?

Ojciec prze­czy­tał w pra­sie, że w Nowym Sączu szu­ka­ją inży­nie­ra che­mi­ka do fabry­ki mar­mo­la­dy. Ponie­waż mie­li­śmy już aryj­skie papie­ry, a ojciec miał odpo­wied­nie wykształ­ce­nie i wygląd, to się tam zgło­sił i został przy­ję­ty. Pra­co­wał w tej fabry­ce do zakoń­cze­nia woj­ny, czy­li do cza­su, kie­dy weszli Rosja­nie i Ukra­iń­cy. Nie­dłu­go po wyzwo­le­niu został ska­za­ny na śmierć.

Dla­cze­go?

Fabry­ka nale­ża­ła do Niem­ców, więc wszyst­kich, któ­rzy w niej pra­co­wa­li, uzna­no za kola­bo­ran­tów. Ojciec tra­fił do wię­zie­nia, gdzie ocze­ki­wał na wyrok i wte­dy sta­ło się coś nie­zwy­kłe­go. Kie­dy wypro­wa­dza­no go z celi, usły­szał: „Arnold Ziment­stark?”. Oka­za­ło się, że wśród dowód­ców, któ­rzy zaję­li Nowy Sącz, był che­mik, z któ­rym ojciec poznał się przed woj­ną na Ura­lu, kie­dy pra­co­wał nad recep­tu­rą kau­czu­ku. Ojciec został uwol­nio­ny, a przed nim i mat­ką poja­wił się kolej­ny dylemat.

Co będzie dalej?

Wła­śnie. Rodzi­ce bali się wró­cić do Kra­ko­wa, gdzie w sierp­niu 1945 roku doszło do pogro­mu. Sąsie­dzi wie­dzie­li, że jeste­śmy Żyda­mi. Część żydow­skich domów zosta­ła splą­dro­wa­na i zaję­ta. W tej sytu­acji rodzi­ce zde­cy­do­wa­li, że poje­dzie­my na Śląsk. Tam uro­dzi­ła się moja młod­sza sio­stra – Kry­sia. Ojciec dostał pra­cę. Miał pil­no­wać budyn­ku przed sza­brow­ni­ka­mi. Nie uda­ło się, budy­nek został okra­dzio­ny. Wła­dze uzna­ły, że sko­ro ojciec go nie dopil­no­wał, to może sam też jest sza­brow­ni­kiem i po raz dru­gi został ska­za­ny na śmierć.

I po raz kolej­ny uda­ło mu się tej śmier­ci unik­nąć. Jak to się stało?

Tym razem z pomo­cą przy­szła mu mama, któ­ra przed woj­ną była komu­nist­ką i mia­ła z tego cza­su dużo zna­jo­mo­ści. Ojciec nie był z nich za bar­dzo zado­wo­lo­ny, ale osta­tecz­nie to one ura­to­wa­ły mu życie. Kie­dy wyszedł z wię­zie­nia, zde­cy­do­wał, że wró­cą do Kra­ko­wa. Oczy­wi­ście na plac Kos­sa­ka, gdzie przed woj­ną miesz­ka­li, nie mogli już wró­cić, cho­ciaż zosta­wi­li w tym domu wszyst­ko co mie­li, cen­ne obra­zy, per­skie dywa­ny i biur­ko z czer­wo­nej laki chiń­skiej. Po latach, kie­dy już wie­dzia­łam, że jestem Żydów­ką, powie­dzie­li: „Oleń­ko, zosta­wi­li­śmy klucz u dozor­czy­ni, żeby pil­no­wa­ła, ale gdy wró­ci­li­śmy, tośmy nie mie­li odwa­gi już się tam poka­zać”. No i tyle. Po woj­nie zamiesz­ka­li na ul. Retoryka.

Pro­szę opo­wie­dzieć o swo­jej mat­ce – Jani­nie Liebling.

Jej ojciec był w Kra­ko­wie zna­nym archi­tek­tem, przed woj­ną han­dlo­wał drew­nem. Byli zamoż­ny­mi ludź­mi. Mie­li kamie­ni­cę na Kazi­mie­rzu. Mat­ka pozna­ła moje­go ojca w klu­bie kaja­ko­wym. Myślę, że podo­ba­ła mu się jej nie­za­leż­ność. Sza­no­wał jej lewi­co­we poglą­dy, mimo że z czę­ścią z nich się cał­ko­wi­cie nie zgadzał. 

Do Kra­ko­wa wró­ci­li w 1947 roku. Wie­le lat póź­niej, opo­wia­da­li mi, że Żydzi poro­zu­mie­wa­li się wte­dy sło­wem „Amchu”. Pew­ne­go dnia, kie­dy spa­ce­ro­wa­li na odcin­ku A‑B na Ryn­ku, ktoś powie­dział do nich „Amchu” i już wie­dzie­li, że nie są anonimowi.

Sie­dem lat to nie jest zbyt dłu­gi okres cza­su. Ludzie się chy­ba aż tak bar­dzo nie zmieniają?

Woj­na zmie­nia­ła ludzi. Nie tyl­ko psychicznie.

Ojciec był z wykształ­ce­nia inży­nie­rem che­mi­kiem, skąd się wzię­ło u nie­go zain­te­re­so­wa­nie teatrem?

Po powro­cie do Kra­ko­wa poznał Mie­czy­sła­wa Kotlar­czy­ka i zaan­ga­żo­wał się w Teatr Rap­so­dycz­ny. Kie­dy ruszy­ła budo­wa Nowej Huty, ktoś zapro­po­no­wał, żeby przy­je­chał do Huty sze­rzyć kul­tu­rę. Zaczął od przy­bli­ża­nia zmę­czo­nym ludziom cie­ka­wych opo­wia­stek z lite­ra­tu­ry. Póź­niej czy­tał tę lite­ra­tu­rę w hote­lach robot­ni­czych. Z tych spo­tkań naro­dził się Nurt, co ojciec dość szcze­gó­ło­wo opi­sał w książ­ce „Nurt. Opo­wieść o pew­nym teatrze”.

Wcze­śniej wydał książ­kę „Niczy­jak”. Potem były kolej­ne. Wie Pani, jak się zaczę­ło jego pisarstwo?

Myślę, że podob­nie jak teatr. Poczuł, że za pomo­cą sztu­ki może bez­piecz­nie wyra­żać sie­bie. Śla­dy jego bio­gra­fii widać nie tyl­ko w książ­ce „Woj­na nie zabi­ja matek”, ale też w „Liście do Wojt­ka” i „Ulicz­ce świę­tej Ger­tru­dy”, w któ­rych opi­sał swo­je dzie­ciń­stwo, cho­ciaż nie zro­bił tego wprost.

Wróć­my jesz­cze pro­szę do począt­ków Nur­tu. Co Pani pamię­ta z tam­te­go czasu?

Miesz­ka­li­śmy wte­dy w cen­trum Kra­ko­wa. Hutę od Kra­ko­wa dzie­li­ło wte­dy oko­ło 14 km. Nie­rzad­ko zda­rza­ło się, że ojciec poko­ny­wał ten odci­nek pie­szo, a naj­czę­ściej na cię­ża­rów­kach roz­pry­sku­ją­cych bło­to w dro­dze do nowe­go mia­sta. Ojciec już w tam­tym cza­sie nie­wie­le widział, cho­ciaż sta­rał się to ukry­wać, jak tyl­ko mógł. Pamię­tam, że cza­sem ktoś go pod­wo­ził pod dom cię­ża­ro­wym samo­cho­dem. Pamię­tam też jego ubło­co­ne buty sto­ją­ce w przedpokoju. 

Potra­fi Pani powie­dzieć, skąd w ojcu był taki entu­zjazm dla Nowej Huty?

Myślę, że on się w tych ludziach po pro­stu zako­chał! Uję­ła go szcze­rość i praw­da. Widział, jak wie­le dla nich zna­czył nie tyl­ko ten teatr, ale rów­nież on sam. Kie­dy zła­mał nogę, akto­rzy Nur­tu przy­jeż­dża­li do nas, żeby robić pró­by. A prze­cież część z tych ludzi cięż­ko pra­co­wa­ła. Musie­li być bar­dzo zmęczeni.

Jan Kur­czab z zespo­łem Teatru „Nurt”, fot. z archi­wum Alek­san­dry Kurczab-Pomianowskiej

Pamię­ta Pani te spotkania?

Oczy­wi­ście, mia­łam wte­dy 11–12 lat. Sama dość szyb­ko zaczę­łam wsią­kać w teatr. Jako nasto­lat­ka bie­ga­łam na pró­by do Teatru Rap­so­dycz­ne­go, któ­ry się wów­czas mie­ścił na przy ul. Warszawskiej. 

Myślę, że dzię­ki Nur­to­wi wraż­li­wość spo­łecz­na moje­go ojca, mia­ła szan­sę się w peł­ni roz­wi­nąć. Rów­no­cze­śnie pisał felie­to­ny do Dzien­ni­ka Pol­skie­go, w któ­rych czę­sto brał w obro­nę pro­stych ludzi. Pisał nawet jako nie­wi­do­my już czło­wiek. Nauczył się kla­wia­tu­ry na pamięć. Nie­ste­ty nie był w sta­nie dostrzec, kie­dy w maszy­nie koń­czy­ła się taśma. Bywa­ło, że po kil­ku godzi­nach wołał mnie albo Kry­się, żeby­śmy coś prze­czy­ta­ły, a na kart­ce nie było ani sło­wa. W koń­cu zaczął nam dyk­to­wać tek­sty. Z cza­sem zaczę­li się poja­wiać asy­sten­ci, któ­rzy to robili.

Ojciec do koń­ca był bar­dzo aktyw­nym człowiekiem.

Rów­no­cze­śnie nie dbał o splen­dor. Nie chciał albo nie umiał też przyj­mo­wać pre­zen­tów. Kie­dy ktoś mu przy­niósł kwia­ty albo tort, odma­wiał, mówiąc: „zanie­ście je tam, gdzie wam pod­po­wie serce”.

Po latach, kie­dy miesz­ka­łam już w Rzy­mie, Karol Woj­ty­ła powie­dział, że kil­ka razy widział na ołta­rzu w koście­le Mariac­kim pięk­ne bukie­ty z dedy­ka­cją „Dla Jana Kurczaba”.

W jaki spo­sób się Pani dowie­dzia­ła o tym, że jest Pani Żydówką?

Mia­łam 16 lat i – jak zwy­kle w takich sytu­acjach – dowie­dzia­łam się przez tzw. przy­pa­dek. Moja przy­ja­ciół­ka, Zosia Mar­cin­kow­ska, któ­ra zagra­ła póź­niej u Kut­za w fil­mie „Nikt nie woła” i była naj­czyst­szym czło­wie­kiem jakie­go zna­łam, powie­dzia­ła któ­re­goś dnia: „wiesz co, dałam dziś w pysk jed­ne­mu face­to­wi na Ryn­ku, w two­im imie­niu”. Jak to w moim imie­niu? „Pod­szedł do mnie i powie­dział, jak ty się możesz z tą Żydo­wi­cą przy­jaź­nić? No i dałam mu w pysk”. No ale jak to z Żydo­wi­cą? Nie zro­zu­mia­łam. Poszłam do domu i opo­wie­dzia­łam o tym rodzi­com. Popa­trzy­li na mnie i powie­dzie­li „Masz semic­ki wygląd Oleń­ko, bo jesteś Żydówką”.

I co Pani na to?

Szcze­rze mówiąc, nie­wie­le mnie to wte­dy obe­szło. Kie­dy ma się 16 lat, to w gło­wie są zupeł­nie inne rze­czy. Poczu­cie, że żydow­skie pocho­dze­nie deter­mi­nu­je moje życie, przy­szło razem z pyta­niem „dla­cze­go?”, któ­re umie­ści­łam póź­niej w tytu­le mojej wła­snej książki.

Co się za tym pyta­niem kryje?

Dla­cze­go zosta­łam ura­to­wa­na spo­śród setek tysię­cy żydow­skich dzieci?

W Auschwitz jest ścia­na z foto­gra­fia­mi dzie­ci, zapro­jek­to­wa­na przez prof. Bar­ba­rę Bor­kow­ską. Wśród nich jest tak wie­le dzie­cię­cych twa­rzy, któ­re nie prze­ży­ły Holo­kau­stu. A ile tysię­cy pięk­nych i mądrych dzie­ci dzi­siaj ginie w Pale­sty­nie, Syrii czy w Ukra­inie? Ja prze­ży­łam. Dlaczego?

Zna­la­zła Pani odpo­wiedź na to pytanie?

Mam 84 lata i szcze­rze mówiąc, nadal się nad tym zasta­na­wiam. Z pew­no­ścią zawdzię­czam to m.in. swo­im dziel­nym rodzi­com, ale to nie jest dobra odpo­wiedź, bo wie­le innych dzie­ci też mia­ło wspa­nia­łych, dziel­nych rodzi­ców, a nie uda­ło im się oca­leć. Może maczał w tym pal­ce Bóg? Ale zno­wu, dla­cze­go wła­śnie mnie oca­lił? Pro­szę mnie tyl­ko nie pytać, w jakie­go Boga wie­rzę. Bóg jest jeden i dla Żyda, i dla chrze­ści­ja­ni­na, i dla muzułmanina.

Żydow­skie pocho­dze­nie spra­wi­ło, że więk­szość swo­je­go życia spę­dzi­łam nie w Pol­sce, a we Włoszech.

Dla­cze­go?

Histo­ria mnie do tego zmusiła.

Wyje­cha­łam w 1968 roku, po kolej­nej fali anty­se­mi­ty­zmu w Pol­sce. Byłam stu­dent­ką Szko­ły Teatral­nej w War­sza­wie. Bra­łam udział w pro­te­stach, któ­re wybu­chły po wstrzy­ma­niu „Dzia­dów” Dejm­ka. W szko­le teatral­nej były wte­dy tyl­ko dwie Żydów­ki. Usły­sza­ły­śmy wte­dy od naszych kole­ża­nek, żeby­śmy się nie anga­żo­wa­ły w te pro­te­sty, bo wła­dza zno­wu powie, że zamiesz­ki wywo­ła­li Żydzi, a nie Pola­cy. Jak­bym ja też nie była Polką.

Potem był 8 mar­ca i pro­test w spra­wie aresz­to­wa­nych stu­den­tów. Spo­tka­łam wte­dy kole­gę, któ­ry był w KC, popa­trzył na mnie i wypa­lił: „wiesz Olu, po czym się pozna­je Żyda?”, odpo­wie­dzia­łam, że po nosie, na co on odpo­wie­dział: „po uchu! Żydzi mają inne uszy!”. Oka­za­ło się, że w KC zro­bi­li im spe­cjal­ne szko­le­nie, pod­czas któ­re­go uczo­no, że Żydzi mają inne uszy. Wyobra­ża Pani to sobie?

Strasz­ne!

Tych przy­krych sytu­acji było tak wie­le, że w pew­nym momen­cie zadzwo­ni­łam do rodzi­ców i powie­dzia­łam: „Słu­chaj­cie, ja już tego wszyst­kie­go nie wytrzy­mam. Muszę stąd uciekać!”.

Poje­cha­łam do Kra­ko­wa, żeby się spa­ko­wać i poże­gnać. Kie­dy wsia­da­łam do samo­cho­du, ojciec stał na bal­ko­nie i do mnie machał. Tego, jak odjeż­dżam, nie mógł zoba­czyć, bo był już wte­dy niewidomy… 

Ile Pani mia­ła wte­dy lat?

28.

Jakim mał­żeń­stwem byli Pani rodzice?

Znisz­czo­nym przez woj­nę. W naszym domu uno­si­ło się wie­le nie­wy­po­wie­dzia­nych histo­rii. Myślę, że ojca rato­wa­ła nuta weso­ło­ści, któ­ra jest cha­rak­te­ry­stycz­na dla nie­któ­rych Żydów, takie wewnętrz­ne prze­ko­na­nie, że będzie dobrze, a jak nie będzie, to dobrze jest, tak jak jest!

Mat­ka była inna. Dla niej wie­le rze­czy było defi­ni­tyw­nych. Czerń i biel, bez odcie­ni sza­ro­ści. Wie­le lat póź­niej usły­sza­łam histo­rię, któ­ra naj­le­piej odda­je jej cha­rak­ter. Napi­sa­łam o tym w swo­jej książce.

Może Pani opowiedzieć?

Jed­ną z kry­jó­wek do któ­rej tra­fi­li moi rodzi­ce pod­czas woj­ny była sto­do­ła, a kon­kret­nie pod­da­sze. Ukrył ich tam jeden z chło­pów. Kie­dy oka­za­ło się, że do wsi zbli­ża­ją się żoł­nie­rze nie­miec­cy, mat­ka zro­bi­ła na tym pod­da­szu trzy pętle – jed­ną dla sie­bie, dru­gą dla ojca, a trze­cią dla mnie. Kaza­ła ojcu przy­siąc, że jak zosta­nie­my zna­le­zie­ni i nas odkry­ją, to naj­pierw powie­si mnie, a potem sie­bie. Ona zro­bi to sama. Obo­je wie­dzie­li, co Niem­cy robią Żydom. Mat­ka nie chcia­ła tak skończyć.

Jaki był dal­szy ciąg tej historii?

Pew­ne­go dnia do sto­do­ły weszło dwóch nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Opar­li się o drzwi, zapa­li­li papie­ro­sy i zaczę­li roz­ma­wiać o swo­ich rodzi­nach, żonach i dzie­ciach. Ojciec z mat­ką zna­li nie­miec­ki i wszyst­ko dosko­na­le rozu­mie­li. To była zwy­kła roz­mo­wa dwóch męż­czyzn. Nie było żad­ne­go prze­szu­ka­nia. Nad ranem przy­szedł chłop, któ­ry nas ukry­wał. Kie­dy zoba­czył te pętle zro­bio­ne przez mat­kę, kazał nam się natych­miast wyno­sić. Powie­dział: „to ja w imię boże was chro­nię z nara­że­niem wła­sne­go życia i życia mojej rodzi­ny, a wy chce­cie sobie życie odbie­rać?! Won mi stąd!”.

Nie jestem w sta­nie sobie wyobra­zić tego, co mogli czuć Pani rodzi­ce. Tej cią­głej uciecz­ki i zagrożenia.

Myślę, że te histo­rie w jakiś spo­sób ojca zahar­to­wa­ły. Dały napęd do dzia­ła­nia i wia­rę, że to dzia­ła­nie ma sens. Do koń­ca życia nie chciał się zatrzy­mać. Nawet wte­dy, gdy już zupeł­nie nic nie widział. 

Byli­ście w sta­nie, już powoj­nie, utrzy­mać się z pisa­nia ojca i jego dzia­łal­no­ści teatralnej?

Abso­lut­nie nie. Na szczę­ście pra­co­wa­ła rów­nież moja mama. Naj­pierw w orga­ni­za­cji Artos, któ­ra dzia­ła­ła przy Fil­har­mo­nii Kra­kow­skiej, potem jeź­dzi­ła z Orbi­sem na Zachód. Na te wyjaz­dy z Arto­su cza­sem mnie zabie­ra­ła. Jeź­dzi­ły­śmy na wieś, żeby edu­ko­wać wiej­skie dzie­ci muzycz­nie i wystę­po­wać w świe­tli­cach. Mama nagry­wa­ła tam audy­cje. Pamię­tam, jak mówi­ła: „to, jak wyglą­da­ją skrzyp­ce, wie­cie, ale tego, kto te skrzyp­ce pierw­szy wymy­ślił, już może­cie nie wie­dzieć, podob­nie jak tego, czym jest fil­har­mo­nia czy orkie­stra” i im o tym wszyst­kim opowiadała.

Pamię­tam, że jeź­dzi­ły­śmy brud­ny­mi i zim­ny­mi auto­bu­sa­mi, naj­czę­ściej wio­sną i zimą, kie­dy na wsiach było naj­mniej robo­ty. Kie­dy wra­ca­ły­śmy do Kra­ko­wa, mama pro­si­ła mnie tyl­ko o jed­no: „Oleń­ko, umyj wan­nę, żebym się mogła wyką­pać po tych auto­bu­sach”. I wie Pani, że ja jej nigdy tej wan­ny nie umy­łam… Wobec ojca też mam pewien dług, któ­re­go już nie spłacę.

Może Pani o tym opowiedzieć?

Ojciec zmarł w paź­dzier­ni­ku 1969 roku. Byłam już wte­dy w Rzy­mie. Nie mie­li­śmy jesz­cze z mężem Jerzym Pomia­now­skim tele­fo­nu. Przy­szedł tele­gram, żeby­śmy się sta­wi­li na poczcie, bo będzie połącz­nie z Pol­ski. Ode­brał mój mąż i powie­dział: „twój ojciec nie żyje”. Wzię­łam do ręki słu­chaw­kę. Po dru­giej stro­nie była moja mama. Zapy­ta­łam, co ja mam zro­bić. Odpo­wie­dzia­ła: „Nie przy­jeż­dżaj, bo już cię mogą nie wypu­ścić”. I nie przyjechałam…

Gdy­by mia­ła Pani przy­wo­łać jed­no, naj­mil­sze Pani ser­cu wspo­mnie­nie zwią­za­ne z rodzi­ca­mi, co by to było?

Wyjazd w Tatry. Mia­łam wte­dy 7–8 lat. Do dziś pamię­tam Gęsią Szy­ję, z któ­rej się tur­la­łam na dół. Byli­śmy wte­dy wszy­scy jak­by poza rze­czy­wi­sto­ścią. Wte­dy śmia­ła się nawet mama.

Myślę, że rodzi­ce byli­by szczę­śli­wi, wie­dząc, że powstał spek­takl o Nur­cie. Dla ojca na pew­no waż­na była­by też infor­ma­cja, że dużą rolę w tej histo­rii ode­gra­ła jego książ­ka. Wyda­je mi się, że wła­śnie po to pisał – chciał być zapa­mię­ta­ny.   Cie­szę się, że uda­ło mu się tego doko­nać i bar­dzo dzię­ku­ję reży­ser­ce – Mał­go­rza­cie Szy­dłow­skiej, któ­ra przy­wró­ci­ła jego histo­rię „do życia”. To wie­le dla mnie znaczy! 

Na foto­gra­fii głów­nej: Jan Kur­czab i akto­rzy „Nur­tu” przed bara­kiem teatru, Nowa Huta, lato 1952, fot. z archi­wum Alek­san­dry Kurczab-Pomianowskiej

Pro­jekt dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Muzeum Histo­rii Pol­ski – w pro­gra­mie Patrio­tyzm Jutra 2024.

#newsletter
Bądź na bieżąco