„Bestia­riusz” z wido­kiem na Nurt

Mał­go­rza­ta Wach: „Tu powsta­je kom­bi­nat-kolos i mia­sto-labi­rynt. Wyku­wa się tu tak­że nowy czło­wiek – pro­dukt nie­uda­ny i popsu­ty” – tak zapo­wia­da­no „Bestia­riusz nowo­huc­ki”, któ­ry był Two­im debiu­tem lite­rac­kim. Głów­ną boha­ter­ką książ­ki była Nowa Huta. Wró­ci­łaś do niej po czte­rech latach, żeby pra­co­wać nad sztu­ką o Teatrze Nurt. Dlaczego?

Elż­bie­ta Łap­czyń­ska: Zosta­łam zapro­szo­na do współ­pra­cy nad tym pro­jek­tem przez Mał­go­rza­tę Szy­dłow­ską, dyrek­tor­kę Domu Uto­pii. Naj­pierw bar­dzo się do tego pro­jek­tu zapa­li­łam, a potem zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy ja w ogó­le mam coś jesz­cze do doda­nia na temat tej Nowej Huty. 

Dla­cze­go?

Pomy­śla­łam, że może się już na ten temat wypisałam. 

Sztu­ka pt. „Nurt” jed­nak powsta­ła, 25 sierp­nia na dachu Domu Uto­pii odby­ło się per­for­ma­tyw­ne czy­ta­nie w wyko­na­niu pro­fe­sjo­nal­nych akto­rów i ama­to­rów, czy­li w skła­dzie, któ­ry cha­rak­te­ry­zo­wał rów­nież sam Nurt. Wśród pro­fe­sjo­nal­nych akto­rów zna­leź­li się: Han­na Bie­lusz­ko, Bar­ba­ra Jonak, Domi­nik Stro­ka i Jerzy Świa­tłoń. W roli akto­rów-ama­to­rów wystą­pi­li pra­cow­ni­cy Łaź­ni Nowej i Domu Uto­pii: Kata­rzy­na Bia­ło­oka, Mał­go­rza­ta Rapacz, Łukasz Gąsow­ski, Łukasz Kolen­der i Tomasz Tale­rzak. Muzy­kę na żywo wyko­ny­wał Domi­nik Strycharski. 

Obra­zo­wo mówiąc, im bar­dziej zaczę­łam się zagłę­biać w tę histo­rię, tym bar­dziej ten „Nurt“ zaczął mnie pory­wać. Przede wszyst­kim zacie­ka­wi­ło mnie to, dla­cze­go na temat tak waż­ne­go zja­wi­ska, jakim był pierw­szy, robot­ni­czy teatr w Nowej Hucie jest tak mało infor­ma­cji. Poza tym, że mała sce­na w Teatrze Ludo­wym nosi nazwę „Nurt”, to innych śla­dów doty­czą­cych tego teatru wła­ści­wie w Nowej Hucie nie ma.

Skąd w takim razie czer­pa­łaś infor­ma­cje pra­cu­jąc nad tekstem? 

Na szczę­ście zosta­ła książ­ka „Nurt. Opo­wieść o pew­nym teatrze” napi­sa­na przez Jana Kur­cza­ba, któ­ry powo­łał „Nurt” do życia. To przede wszyst­kim z niej czer­pa­łam wie­dzę pra­cu­jąc nad sztu­ką. Uda­ło mi się dotrzeć rów­nież do kil­ku innych tek­stów i opra­co­wań, ale nie mia­ły one jed­nak więk­sze­go zna­cze­nia w mojej pracy. 

Książ­ka jest jed­ną z boha­te­rek Two­jej sztu­ki. Nazwa­łaś ją „Bia­łym krukiem”.

Bo tak napraw­dę ona jest dzi­siaj bia­łym kru­kiem. Zosta­ło już nie­wie­le egzem­pla­rzy. Nawet jeśli gdzieś jesz­cze leżą zaku­rzo­ne na pół­kach, to nie sądzę, żeby ktoś po nie w ogó­le się­gnął, nie wie­dząc, czym ten „Nurt” w ogó­le był. Rzecz w tym, że jeśli ten bia­ły kruk zagi­nie, to wraz z nim znik­nie ślad po akto­rach, aktor­kach i całej tej pra­cy u pod­staw, jaką wyko­nał Kurczab.

Egzem­plarz, w opar­ciu o któ­ry pra­co­wa­łam, dosta­łam od Mał­go­rza­ty Szy­dłow­skiej, któ­ra wspól­nie z Bar­to­szem posta­no­wi­ła przy­wró­cić pamięć o tym teatrze, a wła­ści­wie cie­ka­wym zja­wi­sku arty­stycz­nym i socjo­lo­gicz­nym, któ­rym Nurt w rze­czy­wi­sto­ści był. Mał­go­rza­ta zwró­ci­ła mi uwa­gę na cie­ka­wą ana­lo­gię: Łaź­nia anga­żu­je akto­rów ama­to­rów, włą­cza lokal­ną spo­łecz­ność, jakoś oddol­nie ani­mu­je nowo­huc­ką kul­tu­rę, tak jak Nurt w latach 50. A naj­cie­kaw­sze jest to, że budy­nek tego pierw­sze­go teatru stał pra­wie w tym samym miej­scu, w któ­rym dziś stoi Łaź­nia. Było­by go widać z dachu Domu Uto­pii, na któ­rym odby­ło się czy­ta­nie sztuki. 

Wróć­my do same­go Nur­tu. Czy jest coś, co Cię w tej histo­rii szcze­gól­nie zaciekawiło?

Na począt­ku na pew­no poja­wi­ło się pyta­nie, cze­go robot­ni­cy szu­ka­li w teatrze dla sie­bie. Dla­cze­go chcie­li grać, a potem wznieść budy­nek i kosz­tem wol­ne­go cza­su w nim działać? 

Potra­fisz na to pyta­nie odpowiedzieć? 

Tak napraw­dę ten teatr był na począt­ku waż­ny dla garst­ki ludzi, ale – jak wyni­ka z książ­ki – po pew­nym cza­sie tych osób zaczę­ło się robić coraz wię­cej i wię­cej, a po pre­mie­rze pierw­sze­go przed­sta­wie­nia na pró­bę zgło­si­ło się 80 osób. 

Nurt cie­szył się ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem nie tyl­ko ze stro­ny poten­cjal­nych arty­stów, ogrom­na fre­kwen­cja była rów­nież na widow­ni, kie­dy teatr już zaczął w peł­ni działać. 

W jed­nym z nagrań Pol­skiej Kro­ni­ki Fil­mo­wej z 1972 roku wypo­wia­dał się Szcze­pan Brze­ziń­ski, robot­nik, któ­ry budo­wał Nową Hutę. Wśród licz­nych tema­tów poja­wił się m.in. Teatr Nurt. Brze­ziń­ski opo­wia­dał, że barak powstał pośrod­ku pola i aby do nie­go dojść nie­mal tonę­ło się w bło­cie, a mimo to na spek­ta­klach poja­wia­ły się tłu­my. Komu nie uda­ło się wejść do środ­ka, oglą­dał sztu­kę przez okno. 

Czy­ta­jąc książ­kę Kur­cza­ba, doszłam w pew­nym momen­cie do wnio­sku, że naj­cie­kaw­sze jest w niej to, co zosta­ło przez auto­ra prze­mil­cza­ne. Dla­te­go zaczę­łam sobie pew­ne rze­czy „domy­ślać”. Nurt stał się pew­ne­go rodza­ju zja­wi­skiem. Kie­dy w latach 60. zro­bio­no w Nowej Hucie bada­nia socjo­lo­gicz­ne, oka­za­ło się, że teatrem jest zain­te­re­so­wa­nych oko­ło 13 pro­cent ówcze­snych miesz­kań­ców. Dzi­siaj to zain­te­re­so­wa­nie utrzy­mu­je się w Pol­sce na pozio­mie 2–3 pro­cent. Badań na temat tego, jak to wyglą­da w Nowej Hucie wpraw­dzie nie ma, ale moż­na chy­ba zało­żyć, że są one podob­ne do ogól­no­pol­skie­go tren­du. Czy tego chce­my czy nie, teatr się eli­ta­ry­zu­je, sta­jąc się inte­li­genc­ką rozrywką. 

Jak myślisz, dlaczego?

Nie czu­ję się kom­pe­tent­na, żeby wypo­wia­dać się w roli eks­pert­ki, więc powiem o tym z per­spek­ty­wy widz­ki. Pierw­szym powo­dem są – moim zda­niem – wzglę­dy eko­no­micz­ne. Jeśli bilet do teatru kosz­tu­je 80, 120, czy 140 zł i chcę pójść na sztu­kę ze swo­im mężem, to już się robi napraw­dę spo­ry wyda­tek. Gdy­by­śmy chcie­li pójść na spek­takl kil­ka razy w mie­sią­cu, to musie­li­by­śmy zre­zy­gno­wać z wie­lu innych rze­czy, żeby kupić bilety.

Kolej­ną rze­czą jest obec­na „kul­tu­ra pra­cy”. Ja to też tro­chę w sztu­ce poru­szam, że w zasa­dzie wie­lu z nas jest dzi­siaj kla­są ludo­wą pra­cu­ją­cą, któ­ra nie ma siły po całym dniu czy tygo­dniu inten­syw­nej harów­ki uczest­ni­czyć w kil­ku­go­dzin­nym wyda­rze­niu, jakim jest spek­takl teatral­ny. Takie jest moje doświadczenie. 

 

Wróć­my do badań, któ­re przy­to­czy­łaś. W spek­ta­klu poja­wia się postać socjo­loż­ki, któ­ra przy­wo­łu­je sta­ty­sty­ki, ale też pod­cho­dzi do pozo­sta­łych boha­te­rów w spo­sób lek­ce­wa­żą­cy. Doty­czy to przede wszyst­kim akto­rów ama­to­rów, któ­rych trak­tu­je z góry. 

Jak już wspo­mnia­łam, takie bada­nia były fak­tycz­nie robio­ne, kie­dy mia­sto tro­chę okrze­pło. W rze­czy­wi­sto­ści pró­bo­wa­no zba­dać, w jaki spo­sób miesz­kań­cy, któ­rzy są lud­no­ścią napły­wo­wą ze wsi, sta­li się mieszczanami.

Postać socjo­loż­ki kon­tra­stu­je z żywot­no­ścią pozo­sta­łych boha­te­rów sztu­ki, któ­rzy mają bar­dzo moc­ne moty­wa­cje i histo­rie, akty­wu­ją­ce ich do dzia­ła­nia. W przy­pad­ku socjo­loż­ki, są to tyl­ko suche osą­dy napi­sa­ne nauko­wym języ­kiem, któ­re zawie­ra­ją pewien ele­ment wyż­szo­ści, ponie­waż są pisa­ne z per­spek­ty­wy uniwersyteckiej. 

To było dla mnie nie­zwy­kle inspi­ru­ją­ce. Od począt­ku wie­dzia­łam, że ten głos musi się w tej histo­rii poja­wić i stać w kontrze do pozo­sta­łych postaci. 

W cen­trum sztu­ki sta­wiasz jed­nak Jana Kur­cza­ba, inży­nie­ra che­mi­ka, felie­to­ni­stę, pisa­rza i reży­se­ra, któ­ry ten teatr zało­żył. Kim jest dla Cie­bie ta postać? 

Naj­bar­dziej inte­re­su­ją­ce było dla mnie to, cze­go w tej gru­bej, bo liczą­cej ponad 500 stron, książ­ce nie ma. Czy­li oso­bi­stej histo­rii Kur­cza­ba, któ­ra mogła­by nam pomóc w zro­zu­mie­niu, dla­cze­go on ten teatr w Nowej Hucie w ogó­le stwo­rzył i jaka była jego wewnętrz­na motywacja. 

Jan Kur­czab w rze­czy­wi­sto­ści nazy­wał się Arnold Zim­ment­stark i był Żydem. Nazwi­sko Kur­czab otrzy­mał, kie­dy uda­ło mu się zdo­być w cza­sie woj­ny aryj­skie papie­ry. Po woj­nie posta­no­wił już przy tym nazwi­sku pozo­stać. Woj­nę uda­ło się też prze­żyć jego żonie i cór­ce, ale Niem­cy zamor­do­wa­li jego mat­kę i trzy siostry. 

Śla­dów tej wojen­nej histo­rii nie znaj­dzie­my w żad­nym miej­scu książ­ki o Nur­cie, a prze­cież to musia­ło nazna­czyć całe jego póź­niej­sze życie. Pod­czas pisa­nia sztu­ki pró­bo­wa­łam posta­wić pyta­nie, jaki to mia­ło wpływ na powsta­nie same­go Nurtu. 

Być może woj­na była dla Kur­cza­ba tak ogrom­ną trau­mą, że ją po pro­stu ze swo­je­go życia wyparł. Podob­nie sta­ło się to w przy­pad­ku wie­lu innych osób, nie tyl­ko żydow­skie­go pochodzenia. 

Co nie zna­czy, że te wyda­rze­nia nie mia­ły na nich wpły­wu. Myślę, że było wprost prze­ciw­nie, tzn. mia­ły jesz­cze więk­sze zna­cze­nie, bo prze­szłość, któ­ra nie jest odkry­ta i wypo­wie­dzia­na, ma ogrom­ny wpływ na to, kim się stajemy. 

W książ­ce czy­ta­my, że barak, w któ­rym powstał Nurt, został zbu­do­wa­ny z „ponie­miec­kich desek”. Zasta­na­wiam się, jak się czuł Kur­czab, patrząc, jak ta budow­la powstaje? 

W swo­jej sztu­ce poszłam o krok dalej i zaczę­łam się zasta­na­wiać nad tym, czy te „ponie­miec­kie deski” nie pocho­dzi­ły z kobie­ce­go obo­zu pra­cy, któ­ry pod­czas woj­ny funk­cjo­no­wał na tere­nie, na któ­rym powsta­ła Nowa Huta, o któ­rym zresz­tą rów­nież mówi się bar­dzo niewiele. 

A może Nurt był dla Kur­cza­ba jakąś for­mą auto­te­ra­pii? Może pró­bo­wał się w ten spo­sób zmie­rzyć z wewnętrz­ny­mi „demo­na­mi”? Co w pewien spo­sób sygna­li­zu­jesz w swo­jej sztuce. 

Ja te pyta­nia zada­ję wprost. Wkła­dam je w usta nie tyl­ko same­mu Kur­cza­bo­wi, ale rów­nież aktor­ce Basi, któ­ra się w „Nur­cie” poja­wia i któ­ra podob­nie jak Kur­czab mia­ła żydow­skie korze­nie. Wyda­je mi się jed­nak, że Kur­czab wca­le nie chciał się z niczym mie­rzyć, wręcz prze­ciw­nie, dla mnie jego akty­wizm był for­mą eskapizmu.

„Ja się w prze­szło­ści nie taplam. Wie pan o tym” mówi Basia, ale Ty ją i Kur­cza­ba jed­nak do tego „tapla­nia” tro­chę przymuszasz. 

Robię to, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, od cze­go mogli ucie­kać w teatr. Mam takie wewnętrz­ne prze­ko­na­nie, że gdy­by Kur­czab nie miał tak dra­ma­tycz­nych wojen­nych doświad­czeń, to ten teatr by po pro­stu nie powstał. Może to inten­syw­ne zaan­ga­żo­wa­nie w jakiś spo­sób poma­ga­ło mu odsu­nąć od sie­bie doświad­cze­nie wojny?

W Nowej Hucie było bar­dzo wie­lu ludzi, któ­rzy ukry­wa­li po woj­nie swo­ją toż­sa­mość. Wśród nich byli nie tyl­ko Żydzi, ale też daw­ni żoł­nie­rze, któ­rzy nale­że­li do AK i pró­bo­wa­li „znik­nąć”, żeby nie dopa­dło ich UB. Były też oso­by mają­ce za sobą nie­chlub­ną prze­szłość, któ­rą pró­bo­wa­ły za sobą zatrzeć. W tym ogrom­nym tyglu, jakim w latach 50. była Nowa Huta, łatwo się było zgubić. 

Chcia­ła­bym jesz­cze na chwi­lę wró­cić do tego bara­ku z „ponie­miec­kich desek”.

Bar­dzo pro­szę. 

Pra­cu­jąc nad sztu­ką, w pew­nym momen­cie pomy­śla­łam, że deski, z któ­rych zbu­do­wa­no ten teatr, w jakiś spo­sób budo­wa­ły rów­nież nową kon­dy­cję czło­wie­ka – robot­ni­ka, któ­ry może reali­zo­wać się poprzez sztu­kę. Tyl­ko że to budo­wa­nie nowe­go czło­wie­ka odby­wa­ło się poprzez deski nasiąk­nię­te śmier­cią, gro­zą i tym wszyst­kim, od cze­go Kur­czab i wie­lu innych ludzi pró­bo­wa­ło po woj­nie uciec. W rze­czy­wi­sto­ści nie było to jed­nak moż­li­we, bo prze­szłość prę­dzej czy póź­niej ich dopa­da­ła, choć­by w posta­ci tych „ponie­miec­kich desek”.

Zasta­na­wia­łaś się nad tym, dla­cze­go robot­ni­cy budu­ją­cy Nową Hutę w ogó­le zaan­ga­żo­wa­li się w teatr? Wśród akto­rów Nur­tu byli m.in. mura­rze, elek­tryk i sprzą­tacz­ka. Wie­lu z nich nie mia­ło wcze­śniej nic wspól­ne­go ze sztuką. 

Mam na ten temat kil­ka róż­nych prze­my­śleń. Pisząc o Hucie, nie tyl­ko w sztu­ce, ale rów­nież w „Bestia­riu­szu nowo­huc­kim”, któ­ry na począt­ku przy­wo­ła­łaś, cały czas mia­łam poczu­cie, że napły­wa­ją­cy do Huty ludzie wbrew całym tym pro­pa­gan­do­wym prze­ka­zom nie mogli być tacy super­ener­gicz­ni i super­en­tu­zja­stycz­ni. Wła­śnie dla­te­go, że każ­dy z nich w mniej­szym lub więk­szym stop­niu był nazna­czo­ny wojną.

Wie­lu z nich było pora­nio­ny­mi ludź­mi, któ­rzy raczej ucie­ka­li, niż mie­li ener­gię do budo­wy cze­goś nowe­go. Mimo ogrom­ne­go entu­zja­zmu i zapa­łu, jaki Kur­czab sta­rał się przed­sta­wić w swo­jej książ­ce, nie mogę się od tego myśle­nia uwolnić. 

Zna­mien­ne jest chy­ba też to, że w kolej­nym wyda­niu Kur­czab zmie­nił tytuł „Nurt…” na „Kro­ni­kę serdeczną”. 

To mnie też zasta­no­wi­ło. Zresz­tą, kie­dy zaczę­ły­śmy roz­mo­wę, zamiast „Kro­ni­ka ser­decz­na” powie­dzia­łam, że wspo­mnia­na książ­ka nosi­ła tytuł „Sie­lan­ka”, co chy­ba też jest dość zna­mien­ne. Ta książ­ka nosi­ła wszel­kie cechy lite­ra­tu­ry pro­pa­gan­do­wej i jej entu­zjazm był jak dla mnie wyni­kiem przy­ję­tej sty­li­sty­ki. Wyda­wa­ło mi się wręcz, że była to for­ma wypar­cia wojen­nych doświad­czeń. Być może jestem w błę­dzie, ale tak to odczytałam. 

Wróć­my jesz­cze do pyta­nia o to, dla­cze­go robot­ni­cy się zaan­ga­żo­wa­li w teatr.

Myślę, że część osób mia­ła potrze­bę spró­bo­wa­nia się w czymś, co jest inne od codzien­no­ści. Więk­szość z nich fak­tycz­nie pocho­dzi­ła ze wsi i nie mia­ła wcze­śniej kon­tak­tu z teatrem, ale może byli też tacy, któ­rzy anga­żo­wa­li się w jakieś inne for­my sztu­ki np. śpiew albo taniec w swo­ich poprzed­nich miej­scach zamiesz­ka­nia. A może wia­do­mość o tym, że w Nowej Hucie powsta­je teatr, roz­bu­dzi­ła w nich cie­ka­wość i sta­ło się to dla nich na tyle inte­re­su­ją­ce, że posta­no­wi­li w tym teatrze zostać. 

Bar­dzo żału­ję, że nie może­my ich wszyst­kich już o to zapy­tać, ale może­my np. zapy­tać dzi­siej­szych akto­rów-ama­to­rów, któ­rzy na co dzień wyko­nu­ją zupeł­nie inne zawo­dy, czym dla nich jest teatr. Skąd taka potrze­ba, żeby w nim uczest­ni­czyć? Do takich osób, nale­ża­ła np. moja babcia.

Opo­wiedz o niej, proszę. 

Bab­cia była suw­ni­co­wą w Kom­bi­na­cie. Do Huty przy­je­cha­ła z pod­kra­kow­skiej miej­sco­wo­ści – Gło­go­czów, kie­dy była już z dziad­kiem w cią­ży. W Hucie uro­dził się mój wujek, a potem moja mama.

Bab­cia nie mia­ła może ambi­cji pro­fe­sjo­na­li­za­cji w dzie­dzi­nie aktor­stwa, ale czu­ła, że ma talent i chcia­ła go reali­zo­wać. Była oso­bą z bar­dzo dużą cha­ry­zmą. Chęt­nie anga­żo­wa­ła się w róż­ne­go rodza­ju wyda­rze­nia kul­tu­ral­ne w Nowej Hucie, bywa­ła wodzi­rej­ką na zaba­wach. Ja też w jakiś spo­sób utoż­sa­miam się z ama­to­ra­mi. Lubię brać udział w akcjach teatral­nych, do któ­rych są zaan­ga­żo­wa­ni ama­to­rzy i amatorki.

Jesteś w sta­nie powie­dzieć, dlaczego?

Bar­dziej niż odpo­wiedź, nasu­wa­ją mi się kolej­ne pyta­nia. Może robię to, dla jakie­goś ubo­ga­ce­nia swo­ich doświad­czeń? Jestem cie­ka­wa tego, co się we mnie poja­wi w nowej sytu­acji? Jak się będę w tym czu­ła? Jak się zmie­nię dzię­ki temu? 

Pro­ces twór­czy jest prze­cież jakie­goś rodza­ju nie­wia­do­mą. Pra­cu­jąc nad tek­stem czy rolą nie wie­my, dokąd nas ta pra­ca zapro­wa­dzi i co nowe­go w sobie odkry­je­my. Może podob­na cie­ka­wość towa­rzy­szy­ła ama­to­rom, któ­rzy zaan­ga­żo­wa­li się w Nurt?

Kie­dy ogło­si­li­śmy, że w ramach Ody­sei Nowo­huc­kiej odbę­dzie się per­for­ma­tyw­ne czy­ta­nie sztu­ki na temat Teatru Nurt, na począt­ku wyda­rze­nie nie spo­tka­ło się z jakimś dużym zain­te­re­so­wa­niem. Jak myślisz, dlaczego? 

Teatr Nurt nie nale­ży do kano­nu nowo­huc­kich mitów m.in. dla­te­go, że jest bar­dzo mało zba­da­ny. Wyda­rze­nia, któ­re nale­żą do nowo­huc­kiej mito­lo­gii, takie jak np. straj­ki, są dosko­na­le udo­ku­men­to­wa­ne. Nadal żyje wie­lu świad­ków tych wyda­rzeń, któ­rych wspo­mnie­nia są zare­je­stro­wa­ne i utrwa­lo­ne w zbio­ro­wej pamię­ci. Dosko­na­le zna­ne i udo­ku­men­to­wa­ne są też począt­ki Nowej Huty, nad czym pra­co­wa­ła ogrom­na, pro­pa­gan­do­wa machi­na. Teatr Nurt został nie­mal cał­kiem zapo­mnia­ny. Gdzie­nie­gdzie poja­wia­ją się jakieś wzmian­ki, ale moim zda­niem to zde­cy­do­wa­nie za mało, żeby wskrze­sić pamięć o tym projekcie. 

Gdy­by znik­nę­ła książ­ka, któ­rą napi­sał Jan Kur­czab, to ta histo­ria by w ogó­le nie prze­trwa­ła, a co za tym idzie, nie powsta­ła­by rów­nież sztu­ka na ten temat. Mam nadzie­ję, że nasz spek­takl będzie począt­kiem przy­wra­ca­nia Nur­tu do nowo­huc­kiej pamięci. 

Elż­bie­ta Łap­czyń­ska – z wykształ­ce­nia filo­zof­ka, z zawo­du copyw­ri­ter­ka. Za swo­ją pierw­szą książ­kę, „Bestia­riusz nowo­huc­ki”, czy­li sur­re­ali­stycz­ną powieść o Nowej Hucie lat 50., otrzy­ma­ła Nagro­dę Con­ra­da, nomi­na­cję do Nagro­dy Nike, Pasz­por­tów „Poli­ty­ki” i Nagro­dy Lite­rac­kiej Gdy­nia. W tym roku uka­za­ła się jej dru­ga książ­ka pt. „Mowa chle­ba”, opo­wia­da­ją­ca o Rumu­nii lat 80. Trans­owa opo­wieść, któ­ra zabie­ra czy­tel­ni­ków do wnę­trza cia­ła, uka­zu­jąc, że to, co fizjo­lo­gicz­ne, jest polityczne.

Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Muzeum Histo­rii Pol­ski – w pro­gra­mie Patrio­tyzm Jutra 2024.

Fot. Artur Rakowski

#newsletter
Bądź na bieżąco